Kruszynka

   Była sobota - parny sierpniowy wieczór.
   Wydawało się, że na główną ulicę wioski wyszli wszyscy jej mieszkańcy.

   Niektórzy stali grupkami koło swych domów, dyskutując w sąsiedzkim gronie. Inni ubrani odświętnie, spacerowali parami, trzymając się pod rękę. Jeszcze inni, młodzi, grupami biegali z miejsca na miejsce, hałasując, pijąc piwo wprost z butelek albo z puszek, które puste rzucali potem na ulicę, kopiąc ze śmiechem.
   Większość towarzystwa kierowała się w stronę Domu Ludowego, skąd też dolatywały taneczne dźwięki znanych przebojów disco polo. Muzyka rozbrzmiewała hen, aż poza granice wioski, jakby obwieszczając całemu światu, że w Gorcach jest zabawa.
   Im bliżej domu kultury, to ludzi było coraz więcej. Widać też było grupy obcych, stojących z boku na chodnikach, trzymających się razem, popijających z butelek, z pode łba obserwujących miejscowych osiłków. Przy drzwiach wejściowych do “harcówki” kręcili się ochroniarze i strażacy sprzedający bilety.
   Była dopiero dziesiąta, na dworze piękna pogoda, to też większość uczestników zabawy wolała na świeżym powietrzu wprowadzić się w dobry nastrój, niż w zadymionej, dusznej świetlicy.

 

   Jadzia siedziała od kilkudziesięciu minut z koleżanką w środku, przy małym stoliku,   który zarezerwowały sobie parę dni wcześniej. Rozmawiały, słuchając muzyki, popijając piwo, ciekawa jedna drugiej, ponieważ nie widziany się parę lat. 
   Obie młode i bardzo ładne. Były koleżankami od pierwszej klasy podstawówki. Razem chodziły w Gorcach do gimnazjum, później Renia wyjechała do miasta. Uczyła się w liceum, ale rzuciła szkołę przed samą maturą, gdy poznała jakiegoś prywaciarza i wyszła                   za niego za mąż. Po trzech latach małżeństwa rozwiodła się. Była teraz wolna i nie wiedziała co ze sobą zrobić.
   - Wróć do swoich - namawiała ją Jadzia. Ojce już stare, na gospodarce ledwie dają             se rade. We wsi jest sporo fajnych chłopów i wszystko ci sie ułoży.
   Renia milczała, marszcząc nos.
   - Posiedzisz trochę na wsi, poobserwujesz, może ci sie spodoba, a jak się zagospodarzysz,   to mówie ci, że ten twój milioner w te pędy do ciebie wróci -  zachęcała koleżankę w inny sposób. 
   Renia o czymś rozmyślała, aż w końcu rzekła. 
   - To go psami poszczuję, milionera od siedmiu boleści.
   Jadwiga pokręciła głową.
   - Gadamy godzine a nie wiele mi powiedziałaś. Musiało ci tam lekko nie być?
   Renia spojrzała jej w oczy i tylko przytaknęła.
   Sala wypełniała się coraz bardziej i hałas robił się coraz większy. Było też coraz więcej pijanych, tak, że musiały energicznie odprawić paru amantów słaniających się na nogach, bełkotem proszących je do tańca.
   Gdy się trochę uspokoiło koło ich stolika, Jadwiga popatrzyła na puste butelki                       i zaproponowała, że przyniesie jeszcze po piwie. Założyła sweter, który trzymała                   na kolanach, wzięła butelki, po czym poszła do bufetu. 
   Renia odprowadzała wzrokiem jej zgrabną sylwetkę, aż znikła jej z oczu w tłumie 

cisnących się przy bufecie ludzi. Sweter, obszerna tunika, buty na płaskim obcasie, ale ona się brzydko ubiera, pomyślała, a gdy Jadzia wróciła, zdjęła sweter i usiadła - oznajmiła sceptycznie.
   - W tych ciuchach nie przypominasz najładniejszej dziewczyny naszej klasy. 
   Po chwili dodała przyglądając się jej uważnie.
   - Ubierasz się tak, jakbyś była w ciąży.
   - Nie pleć byle czego - obruszyła się Jadzia, spojrzawszy wokół zalęknionym wzrokiem.
   Renia nachyliła się do niej i powiedziała cicho, że ledwie było ją słychać w panującym      na sali hałasie.
   - Powiem ci coś, tylko mnie nie wydaj. Ja też byłam w ciąży. 
   - Byłaś? Przecie nie masz dzieci.
   - Ale w ciąży byłam, przed samą maturą. Ukrywałam to przed całą szkołą na różne sposoby. Może by mi się udało, bo rodzić miałam trzy miesiące po egzaminach. Ale ślubu jeszcze nie mieliśmy i mój powiedział, że mam usunąć albo z nami koniec.
   - I co, usunełaś?
   Renia przytaknęła głową.
   - Jak? Sama?
   - Coś ty. Załatwił mi zabieg w Niemczech.
   - U Niemców?
   - Tak u Niemców - odpowiedziała lekko podirytowana. Polki jeżdżą po całej Europie           i tam robią aborcję.
   - La czego nie tu?
   - Dlaczego, dla czego. Dlatego, bo tu jest dziki kraj. Musimy jeździć, ryzykować zdrowie,     albo tutaj płacić kilkakrotnie więcej.
   - Toś pojechała do Niemców? Nie bałaś sie? - Jadzia patrzyła na nią z podziwem.
   - Załatwił wszystko - podróż, szpital. Jechałyśmy busem, dziesięć kobiet, wszystkie           do jednego szpitala. Tam już na nas czekali. Papiery były przygotowane wcześniej i w tym samym dniu wszystkie nas wyskrobali. Szybko, sprawnie, fachowo - po niemiecku.
   - To ile za to zapłaciłaś?
   - On zapłacił 500 Euro.
   - Ale choć sie wywczasowałaś.
   - Aha! - rzuciła Renia sarkastycznie. - Zrobią ci, poobserwują z godzinę i wynocha,           bo za następną musisz dodatkowo płacić. Tego samego dnia wieczorem, wracałyśmy wszystkie z powrotem. Jechaliśmy całą noc. Trzy kobiety nie czuły się dobrze, krwawiły. Kierowca pędził jak wariat, a pielęgniarz go tylko poganiał, żeby jak najprędzej                    po odstawiać nas pod adresy z pod których nas brał - mówiła coraz bardziej zdenerwowana. - Jak sobie przypomnę te wczasy, to tylko bym płakała, choć minęło już trzy lata, albo darła pazurami siebie i wszystko wokół, a najbardziej tego mojego.
   Zamilkła, po czym rozgorzałymi oczami wodziła po sali, po ludziach. Sięgnęła do torebki, wyjęła chusteczkę, którą wytarła łzy zbierające się jej w kącikach oczu, a gdy podszedł         do nich jakiś przystojniak, prosząc ją do tańca, popatrzyła na Jadzię rozpaczliwie, wzruszyła ramionami i poszła z nim tańczyć. 
   Jadzia siedziała zamyślona, sama przy stoliku.   
   Nie okłamała koleżanki. Nie przyznała się tylko do tego, że jest w ciąży. To już ósmy miesiąc. Jeśli Renia poznała, to czy inni też?. Medytowała pełna obaw. Jak dotąd nikt nie dał poznać, że odkrył jej tajemnicę. Ostatnio przecież przesiadywała cały czas w domu,   albo sama w polu.
   Odprawiła fuknięciem jakiegoś młodego chłopaka, który podszedł i prosił ją do tańca, nawet na niego nie spojrzawszy.
   - Nie, nie, na pewno nie zauważyli. Matka by przecie wiedziała. A zresztą co będzie           to będzie, pomyślała stanowczo, gdy napotkała wzrok Michała, który stał niedaleko, oparty o ścianę i wpatrywał się w nią namiętnie.
   Spojrzała na niego hardo, po czym odwróciła głowę, szukając wzrokiem koleżanki.
   Gdy zespół zrobił przerwę, Renia wyszła z tłumu tańczących i podeszła do stolika.
   - Poznaj Heńka - powiedziała zziajanym głosem, ciężko dysząc, popychając chłopaka         z którym tańczyła, tak, aby usiadł na jej krześle. Przysiadła potem sama na brzeżku krzesła, cisnąc się do niego i śmiejąc.
   Jadzia przyjrzała się chłopakowi. Nie znała go, ale była przekonana, że jest miejscowy.
   - My się chyba znamy - powiedział Heniek wyciągając rękę.
   - Czyżby?
   - Ja ciebie znam. Ty może mnie nie, bo uczyłem się i przyjeżdżałem do domu tylko           na święta.
   - Heniek skończył uniwersytet rolniczy we Wrocławiu - wtrąciła Renia. - Wrócił teraz       do domu gdzie będzie zajmował się swoimi dwudziestoma hektarami.
   - To za gospodynią będziesz się i oglądać? - powiedziała.
   - A może już znalazłem i nie będę musiał? - odrzekł, objął Renię za szyję, po czym zajrzał jej w oczy.
   Renia spoważniała.
   - Obecnie mam tyle spraw na głowie, że byłabym marną gospodynią. Najpierw muszę wrócić do miasta i uporządkować moje sprawy.
   - To kiedy wyjeżdżasz? - spytała Jadwiga.
   - W poniedziałek z samego rana.
   - Szkoda. - Jadzia zrobiła smutną minę, a po chwili dodała - wydaje mi się, że najlepiej zrobie, jak zostawie was samych.
   Renia spojrzała na Heńka, popatrzyli na siebie i nic nie odpowiedzieli.
   Jadzia założyła sweter, podniosła się z krzesła, machnęła im na pożegnanie ręką,               po czym poszła do wyjścia, obciągając rękoma poły swetra.

 

   Na zewnątrz było ciepło i przyjemnie, chociaż dochodziła północ.
   Jadzia minęła ludzi stojących przed domem kultury. Nie odpowiadając na zaczepki pijanych, skierowała się do domu.
   Noc była jasno rozświetlona księżycem świecącym jak jakaś latarnia zawieszona na niebie, tylko drzewa i krzaki rzucały przepastne, mroczne cienie na pogrążoną w poświacie ulicę.
   Wieś już spała, ino gdzie niegdzie paliło się światło w jakim oknie, a od “harcówki” dolatywała już coraz cichsza muzyka. W cichości nocy odniosła wrażenie, że ktoś za nią idzie. Obwinęła się swetrem i przyśpieszyła, kilkakrotnie spoglądając za siebie. Ogarnął       ją taki strach, że prawie biegiem pomykała pustą ulicą do domu, który był na skraju wsi.
   Dopadła w końcu drzwi, sięgnęła pod wycieraczkę i gdy z uczuciem ulgi przekręciła klucz   w zamku, poczuła, że ktoś ją chwyta mocno, zatyka usta pocałunkami i wpycha do izby   przy sieni, którą wykorzystywali jako magazyn. Gdy wepchnął ją do izby pełnej worków         ze zbożem, przestał ją całować, zakrył jej usta dłonią, szepcąc do ucha żarliwie, obmacując drugą ręką po całym ciele.
   - Jaguś, to ja Michał, bądź cicho, bo matka usłyszy. Cały czas, całą zabawę cię obserwowałem, ale nie podszedłem, aby się nie zmiarkowali. Taka jesteś śliczna…
   Znowu zaczął ją całować, obłapiać, tak mocno przyciskać do siebie, ze całkiem zesłabła       i oczy zaszły jej mgłą.
   - Puść… Michał… ostaw… ostaw… - mówiła, niezdolna do żadnego oporu.
   Czuła jak zdziera z niej majtki i bandaże, którymi była poobwijana, opiera o worki i bierze ją, później odwraca, kładzie na tych workach pełnych żyta, pszenicy i znowu ją posiada.   Gdy minęła pierwsza pożądliwość Jadzia przypomniała sobie o dziecku i ułożyła brzuch wygodniej w zagłębieniu pomiędzy nierównymi workami
   Gdy skończyli Michał, usiadł obok niej i zapalił papierosa.
   - Bez ciebie Jaguś to by mi się całkiem żyć nie chciało - powiedział ciężko dysząc, dmuchając dymem w jej stronę, .
   Jadzia podniosła się. Znalazła majtki i starała doprowadzić się do porządku, poprawiając nieliczne bandaże, które na niej zostały.
   - Tam na zabawie, tak ładnie wyglądałaś, że myślałem, czy aby cię tam ino nie brać.
   - Tobie tylko to jedno w głowie - wyksztusiła płaczliwie.
   - A ty nie chciałaś, przyznaj się? - spytał zadowolony z siebie.
   Jadwiga rozpłakała się na dobre.
   - Czemu płaczesz, Jaguś? - Michał podniósł się i przygarnął ją mocno.
   - Jakby nie moja stara, to bym był cały czas przy tobie - powiedział czule, wycierając jej łzy rękawem koszuli.
   - Głupiś, a jak dziecko przyjdzie jakieś nienormalne, albo kaleka jakaś -.rzekła, pochlipując.
   Michał spochmurniał, odsunął się od niej i powiedział stanowczym głosem.
   - Tyś jest głupia. Przyjdzie takie czy inne, pozbędziesz się go zaraz pierwszego dnia.
   - Jak? Przecie je nie utopie - jęknęła.
   - Coś się wymyśli - odparł coraz bardziej podirytowany.
   - Na litość boską, przecie to dziecko, nie szczenie ślepe. Człowieczek maluśki - skamlała cicho.
Michał rzucił papierosa na podłogę i rozdeptał go butem. 
   - Chcesz mi życie zmarnować? Tego chcesz? - dopytywał, patrząc na nią oskarzycielsko. Moja żona nie może się o tym dziecku dowiedzieć, tłumaczyłem ci to już tyle razy. Ale do ciebie mówić, to jakby grochem o ścianę rzucać - mówił z coraz większa  złością.

W końcu machną zrezygnowany reką, otworzył drzwi i wyszedł naburmuszony.

 

   Słońce wstało na czystym, błękitnym niebie i rozpoczął się nowy dzień. W chałupie zrobiło się ciepło od jego promieni, wpadających do środka przez okna zasłonięte grubymi firanami.
   Jadzia otworzyła oczy i przyglądała się kobiecie krzątającej się po izbie, oświetlonej snopami światła wpadającymi przez okna.
   Kobieta wyglądała staro, ale nie była stara.
   Ile to matka może mieć lat, zastanawiała się, szukając w pamięci jakiejś uroczystości, rocznicy, która pomogłyby jej obliczyć wiek matki. Aha! Śmierć tatula, miałam wtedy trzynaście lat, a matka chwaliła się, że zacznie wszystko od nowa, miała wtedy czterdzieści, to teraz ma pięćdziesiąt. 
   Przymknęła z powrotem oczy, mając pod powiekami sylwetkę matki, jeszcze zgrabnej kobiety w krótkiej sukni nad kolana z kraciastą chustką na głowie spod której wymykały się siwe włosy, oraz jej zmarnowaną twarz, pooraną zmarszczkami i spróchniałe, żółte zęby widoczne, gdy tylko otworzyła usta. “… taka córka  jaka mać”, przeleciało jej przez głowę część ludowego powiedzenia, gdy zastanawiała się, czy ona też tak będzie wyglądać za dwadzieścia parę lat. Odwróciła się i pustym wzrokiem wpatrywała się w ścianę.
   - Śpisz jeszcze Jagna? - Usłyszała schrypły, warkliwy głos.
   Nic nie odpowiedziała, tylko zwinęła się w kłębek i skurczyła w sobie.
   - Leż se leż, stara matka wszystko za cie zrobi. - mamrotała matka pod nosem.
   Nie chciało jej się wstawać. Myślała o wczorajszym wieczorze, zabawie, Reni i Michale.           Tak, chciała tego wszystkiego, a teraz strach nią jakiś zawładnął i wstręt do samej siebie. Ale po chwili poczuła się lepiej. To przecież Renia jest najgorsza z najgorszych, bo pozbyła się dziecka, a ten Michał, niegodziwiec siłą ją wzioł, co ona temu winna, myślała, usprawiedliwiając się.
   - Jaguś wstawaj! Po nocach sie gzisz, a za dnia byś się ino wałkoniła. Wszystko słyszałam,

co w komorze wyprawiałaś z Michałem. A może to inny jaki chłop był, co? - Wyrwał ją z tej zadumy natarczywy głos matki.
   - Pogoda, to? - spytała, podnosząc ociężałą głowę.
   - Słońce świeci jak zwariowane, wstawaj curuś, wstawaj!
   - Wszystko mnie boli, a tyla roboty - mówiła obmacując brzuch, badając, czy dziecko się rusza. 
   - Krowe ino wydój. Nosisz się po wsi jak ten pies. Ludzie pomiarkują, to z bachorem będziesz musiała się ostać.
   - No to ostane - odparła z nadzieją w głosie na przyzwolenie.
   - Głupiaś jak ten but! - wydarła się stara. - Wstydu mi narobisz i sama we wstydzie będziesz żyć.
   Przez dłuższą chwilę milczały, aż w końcu matka rzekła spokojnie. 
   - A z Michałem też musisz inaczej. Wcześniej to i pole obrobił, pomógł sprzedać co się zebrało, a teraz to tylko bara - bara i już go nie ma.
   Jadzia znowu odwróciła się do ściany i jej plecami począł targać tłumiony szloch.
   - Gdyby tatulo żył, nie dałby mną tak poniewierać - jęczała w poduszkę.
   Matka jakby się wściekła, rzuciła garnek, który akurat stawiała na piecu, aż woda chlapnęła na gorące płyty z których kłęby pary buchnęły na izbę i zaczęła krzyczeć:
   - Ta miernota, ten pokurcz co mi życie zmarnował! Ani się waż go wspominać pijanice, nieroba jednego! Po lesie ino łaził z ptakami albo z pieskami gadał, zamiast gospodarki pilnować!…
   Darła się tak, trzaskając garnkami, to znowu pogrzebaczem w palenisku grzebała                 z wściekłością wielką, że nawet nie zauważyła Michała, który otworzył drzwi i stanął             w progu.
   Gdy zrobiła przerwę, aby nabrać powietrza Michał wszedł jej w słowo.
   - A co to matka tak sie wydzieracie, jakbyście…
   Jak go zobaczyła, nie dała mu skończyć, tyko wydarła się na niego jeszcze głośniej.
   - Suka ci była matką, psie, a nie ja! Dałam ci pieniądze na paliwo, miałeś słomę w bele powiązać i zaorać ściernisko! To nie, wszystko leży i marnieje! Z mieszkania też chlew zrobiłeś! Tyle razy mówiłam, abyś zabrał te swoje worki zboża z chałupy!
   - Zrobię to, zrobię - Michał bełkotał zszokowany. - Swoje muszę najpierw obrobić. - Mrugnął do Jadzi i w pośpiechu wyniósł się z izby.
   Stara rzuciła pogrzebacz w palenisko z taką złością, aż tlące się węgle wypadły na podłogę. Siadła  przy stole, ujęła głowę w dłonie i zaczęła głośno szlochać. 
   Jadzia sięgnęła po torebkę. Wyjęła z niej komórkę, wystukała numer Reni, potem chwilę cicho rozmawiała, zakrywając usta dłonią. Jak skończyła rozmawiać, wstała z łóżka, poobwiązywała się bandażami, ubrała się i zaczęła zbierać się do wyjścia.
   - Wydoisz krowe? - spytała ją matka, pochlipując jeszcze.
   - Teraz nie mogę - odpowiedziała i szybko wybiegła z domu.

 

   Jadzia wróciła, kiedy matka szykowała się już do spania. Weszła do jej izby i oznajmiła,   że jutro z samego rana wyjeżdża z Renią i będzie u niej mieszkać do porodu.
   - Z dzieckiem mi tu nie wracaj, bo cie wygonie jak psa - odpowiedziała stara, kładąc się       do łóżka, odwracając do niej plecami.
   Jadzia jeszcze długo w nocy pakowała najpotrzebniejsze rzeczy, a kiedy położyła się,       nie mogła zasnąć. Dopiero nad ranem zdrzemnęła się nieco, ale zaraz podniósł ją na nogi dzwonek budzika. Ubrała się szybko, obmyła twarz, chwyciła dwie pełne torby podróżne       i wybiegła w pośpiechu, bo Renia już podjeżdżała pod jej dom samochodem, klaksonem przynaglając do wyjazdu.

 

   Był późny, wrześniowy wieczór, gdy czerwona skoda zatrzymała się na końcu wsi,      

przy niewielkim domku z oknami zasłoniętymi grubymi firanami, które jak zasłony chroniły przed zaglądaniem do środka. Na nie oświetlonej ulicy było pusto i ciemno,           bo w Gorcach latarnie świeciły tylko w centrum, oraz w jego pobliżu.
   Miesiąc z dokładką minął prędko i Jadzia wracała do domu.
   Renia pomogła jej wyciągnąć dwie ciężkie podróżne torby z bagażnika, uścisnęła ją serdecznie, wsiadła za kierownicę i odjechała pomachawszy ręką przez opuszczoną szybę.
   Jadzia podeszła do drzwi, a gdy przekonała się, że są zamknięte, zapukała nieśmiało,           nie wiedząc dokładnie czego może się spodziewać po matce.
   Po kilku minutach usłyszała szmery, drzwi się uchyliły, a w otworze ukazała się głowa matki w kraciastej chustce. Stara przyglądała jej się chwilę, po czym otwarła drzwi szerzej.
   - Wchodź do środka - powiedziała nerwowo. - Widział cię ktoś z tym brzuchem - spytała,   gdy zamykała drzwi, za taszczącą po ziemi torby Jadzią  .   
   - Renia podwiozła mnie pod sam dom, a na ulicy ciemnica taka, że na pewno nikt nie widział.
   Weszły do izby, chwilę stały na jej środku zdeprymowane, aż w końcu usiadły przy stole.
   - I co teraz - spytała matka.
   - Lada dzień będę rodzić. 
   - A może za tydzień, abo dwa?
   - Wydaje mi się, że jutro albo pojutrze.
   - To kto tera wie o dziecku - pytała patrząc przenikliwie w  oczy córki.
   - Tylko Renia u której siedziałam sama w mieszkaniu. Ona ma teraz kłopoty, to nikt         do niej nie przychodził i byłyśmy tylko we dwie, gdy wracała z pracy. 
   - To nie mogłaś tam w mieście urodzić i sie go pozbyć - wytykała jej matka.
   - Dużo gadałyśmy, a o dzieciach najwięcej, kiedy powiedziałam jej, że nie chcę tego dziecka, namawiała mnie, aby urodzić w szpitalu i tam je zostawić, ale musiałabym powiedzieć im wszystko o sobie, a później w naszym sądzie się go zrzekać. Boję się Michała i tego wstydu, jak by się wszystko wydało. - Jadzia zamilkła, w niepewności czkając             na wypowiedź matki, jak na jaki wyrok.
   Matka przez dłuższą chwilę milczała, aż w końcu rzekła, ważąc coś w głowie. 
   - Dobrze żeś wyjechała i dobrze żeś wróciła.
   Zdawała sobie sprawę, że przez ostatni miesiąc trudno byłoby ciążę ukrywać przed ludźmi, a z drugiej strony, gdyby Jadzia urodziła i mieszkała w mieście, to prędzej             czy później cała prawda i tak dotarła by na wieś, a wtedy ludzie zaczną nią poniewierać         i wytykać palcami jako wyrodną matkę i złego człowieka. Taki wstyd, taki wstyd, tłukło       jej się po skołatanej głowie, nie mogącej znaleźć żadnego wyjścia z tej beznadziejnej sytuacji. Jutro sprowadzę Michała, niech on coś zaradzi. Przecie to taki sam jego kłopot jak i mój, zdecydowała w końcu.
   - Napijesz się, abo zjesz co? - zapytała, przerywając panującą ciszę.      

   Wstała od stołu i zaczęła krzątać się po izbie. Zjadły kolację i położyły się do łóżek,             ale zasnąć nie mogły. Leżały, przewracając się z boku na bok aż do rana, bijąc się z myślami, do czego będą musiały się posunąć, żeby tylko uniknąć tego wstydu, który spadłby na nie, gdyby ludzie się wszystkiego dowiedzieli.  

 

   Gdy tylko zaczęło świtać, stara podniosła się z pościeli i usiadła na łóżku, opuszczając bose nogi na chłodne deski podłogi.
   Miała zamiar od razu iść po Michała, ale po chwili namysłu zrezygnowała. Jak mnie         kto zobaczy o tej porze na wsi, albo u niego, to zaraz domyśli sie, że u nas coś sie stało, pomyślała. Przyodziała się byle jak, stłumiła w sobie wszystkie skrupuły i wątpliwości,   które męczyły ją przez całą noc i poszła do obory. Wydoiła krowę, pozbierała jajka, potem snuła się po obejściu, nie będąc w stanie zabrać się za żadną robotę. Parę razy wchodziła   do domu, aby budzić córkę, ale słysząc równy, cichy oddech dobiegający od strony łóżka   na którym z pod pościeli widać było tylko jej zmordowaną twarz, wychodziła przybita             i szwendała się po obejściu w przekonaniu, że to ona musi wziąć ten kłopot na swoje barki   i doprowadzić wszystko do końca.
   Po południu poszła do Michała, który obiecał, że zaraz po obiedzie do nich wpadnie.  Radził też, aby nic nie robiły, zanim on czegoś nie wymyśli.                    .
   Parę minut po szóstej przed domem zatrzymał się czarny mercedes kombi. Michał wysiadł, huknął drzwiami, a potem z hałasem otworzył tylną klapę. Wyniósł najpierw           z izby-magazynu cztery worki zboża, które powrzucał na tył samochodu, po czym               nie zamykając klapy, wrócił do domu i wszedł do izby w której na niego czekały. 
   Nie przywitali się nawet. Stara chodziła nerwowo po izbie, nie mogąc znaleźć sobie miejsca, a Jadzia siedziała przy stole i latała za nią niespokojnymi oczami.
   - Czego chcecie, mówcie! - odezwał się zniecierpliwiony, stojąc przy drzwiach.
   - Wpakowałeś nas w kłopoty, to tylko chcemy, abyś nas z nich wyciągnął - powiedziała matka i siadła przy stole obok Jadzi.
   - Jeździsz po świecie, Jaguś. Z dzieckiem się obnosisz, to co ja mogę poradzić - odrzekł, przeczesując ręką szpakowate włosy.
   - Po świecie jeżdżę, żeby kryć je przed ludźmi i życia ci nie zmarnować - bąknęła Jadzia, patrząc na niego z wyrzutem.
   - Jaguś, za to ci jestem wdzięczny, ale żebyśmy sobie wszyscy życia nie pomarnowali,          to musisz się go pozbyć, zaraz jak się tylko urodzi.
   - Mądrze mówi - przytaknęła stara. Poderwała się z krzesła, wyjęła z kredensu butelkę wódki, oraz trzy kieliszki, po czym siadła z powrotem przy stole.
   Michał usiadł przy niej i radzili popijając. Jadzia odwróciła swój kieliszek dnem do góry i przysłuchiwała się ich rozmowie z której nie wiele do niej docierało. 

 

   Jadzia urodziła w nocy. Matka pomagała przy porodzie jak umiała, ale pomoc sprowadzała się przede wszystkim do zatykania jej ust dłońmi, żeby krzyk nie wydostał się poza ściany chałupy.
   Dziewczynka przyszła na świat śliczna, rumiana i całkiem nie chuda. Chwilę popłakała, pomachała nóżkami, rączkami, później przytuliła się do Jadzi i zasnęła.
   Stara też poszła spać utrudzona nocnymi czynnościami podczas porodu. Tylko Jadzia     nie spała, wsłuchując się w równy oddech tej małej ciupinki, tulącej się do jej piersi, leżała bardzo zmęczona, ale i szczęśliwa. Czuła się tak, jak którejś jesieni, gdy to razem z matką składała ziemniaki do kopca, kiedy to na koniec wysypała ostatni worek, po czym legła       na trawie odpoczywając, ciesząc się, że skończyła się ta katorżnicza robota. Gdy tak leżała zadowolona, spoglądając na dziecko, gdzieś w jej głowie zaczęła kiełkować myśl natrętna, która coraz bardziej przybierała na sile. Wtedy gdy wrzuciła ostatni worek ziemniaków       do dołu, poczuła ulgę, że to już koniec, ale teraz czuła te małe ciałko na piersi i ciężar coraz większy,  który coraz bardziej ją przygniatał. Docierało do niej, że to nie jest koniec,               a właściwie początek. Gdy sobie to uświadomiła, poczuła zgrozę i strach nią zatrząsł taki,   że dziecko zsunęło się na poduszkę. Odsunęła się na bok łóżka, a na drugiej połowie położyła poduszkę w której ułożyła małą. Dziecko zaczęło płakać, ale jak je przykryła jakimś zakrwawionym, wilgotnym ręcznikiem, który leżał obok łóżka, uspokoiło się, przestało płakać i ponownie zasnęło. Sama też zasnęła, a obudził ją dopiero hałas krzątającej się         po izbie matki. Dziecko też się obudziło, po czym zaczęło płakać.
   - Nakarm ją - poradziła matka.
   Jadzia spojrzała na nią spanikowana.
   Stara poszła do swojej izby i przyniosła swoją poduszkę. Pomogła Jadzi usiąść, podsuwając poduszkę pod plecy i podała jej płaczące niemowlę.
   - Cichaj malutka, cichaj - mówiła Jadzia do dziewczynki, nieporadnie obracając                 ją w rękach, na co mała rozdarła się na cały głos. 
   Wysunęła pierś przez rozcięcie koszuli i podawała dziecku, ale te wypluwało sutek, wykręcając główkę i płacząc.
   Jadzia też była bliska płaczu. Na chwilę roztrzęsionymi rękami odstawiła małą, ujęła pierś i nacisnęła w okolicy sutka, a gdy wycisnęła kilka kropel i oblizała zmoczone palce, wykrzywiła usta ze wstrętem.
   - Ja jej nie nakarmię - jęknęła.
   Stara przyglądała się wszystkiemu ukradkiem, a widząc nieporadność córki, wzięła kubek z kredensu i napełniła go świeżo wydojonym mlekiem z wiaderka stojącego obok wejścia do izby.
   - Daj jej po palcu - powiedziała, zabierając małą i układając w poduszce jak w kojcu.
   Jadzia wzięła kubek z mlekiem w jedną rękę, a palec drugiej ręki umoczyła w mleku           i włożyła do otwartej w płaczu buzi. Mała uspokoiła się i z niepojętą dla niej siłą zaczęła     go ssać. Wypiła w ten sposób cały kubek mleka, pomachała rączkami i nóżkami, po czym ponownie zasnęła.

 

   Jakoś pod wieczór, gdy już mrok ogarniał zaorane pola, pokoszone łąki i sady pokryte pożółkłymi liśćmi drzew i krzewów, na drodze przed domkiem z oknami pozasłanianymi dodatkowo kraciastymi serwetami, zatrzymał się czarny mercedes. Michał wysiadł                 z samochodu i gdy mocował się z zamkiem tylnej klapy samochodu, stara otworzyła drzwi chałupy i stojąc na progu machnęła doń ręką ponaglająco, przywołując go do siebie.
   - Urodziła - szepnęła mu do ucha, gdy do niej podszedł. Wciągnęła go do środka                   i przekręciła klucz w zamku.
   Gdy weszli do izby, Jadzia akurat karmiła niemowlę, podając mu na palcu mleko.             Na widok Michała uśmiechnęła się smutno.
   - Zobacz jaka śliczna dziewczynka - powiedziała.
   Michał nawet nie spojrzał na dziecko.
   - Trzeba to tak załatwić, żeby nikt nie wiedział, że w ogóle jakieś dziecko było - mówił zafrasowany trąc dłonią czoło. - Ale ta twoja Renia. Co będzie jak się wygada?
   - Ona też usunęła - bąknęła.
   Michał wypytywał ją o wszystko, ale był coraz bardziej pełen obaw.
   - Mleko już się rozlało i nie będziemy nad nim płakać - powiedział w końcu.                              - W najgorszym razie powiesz, żeś dziecko sprzedała, a ja ci nagrałem kupca. Tylko żebyś czasem komuś nie powiedziała, że to było moje - dokończył spoglądając na nią groźnie.
   - A ty co z nim zrobisz - zadała mu pytanie, patrząc powątpiewająco na niego.
   - Wywiozę je daleko, potem głęboko zakopię - powiedział nachmurzony, nadal trąc czoło.
   - Żywe? - spytała stara z niedowierzaniem. 
   - Ee tam. Wystarczy obrócić niemowlaka i położyć twarzą w poduszce, to sam się udusi.
   - To zrób to, jak jesteś taki mądry - powiedziała Jadzia i odwróciła się do ściany.
   Nachylił się nad poduszką, po czym odwrócił małą na brzuszek. Patrzyli razem ze starą jak dziecko gramoli rączkami i przekręca główkę na boki, żeby zaczerpnąć powietrza. Michał co jakiś czas ujmował głowę dziecka i wciskał w poduszkę, ale mała nie poddawała się.
   - Nie, to trzeba zrobić jak będzie spała - rzekł po pewnym czasie zniechęcony.
   Jadzia odwróciła się do niego, wzięła głęboki oddech i gniewnie powiedziała.
   - Nie będziesz woził jej gdzieś daleko, musisz zakopać ją na cmentarzu.
   - Na jakim znowu cmentarzu?! - spytał osłupiały.
   - Na naszym, tam gdzie są pochowane  te noworodki, co jeszcze bez chrztu pomarły.
   - Zobaczy mnie ktoś i wszyscy pójdziemy siedzieć! - wybuchnął tocząc wściekłym wzrokiem to na jedną, to na drugą.
   - Nie musisz jej chować przy nich, możesz pod płotem, ale musi być na cmentarzu - powiedziała stanowczo, patrząc na niego nieustępliwie.
   Oczy Michała złagodniały, zaszkliły się chytrze, a on odezwał się pojednawczo.
   - Dobrze, zrobię jak chcesz, tylko załatwcie to jak zaśnie, żebym jutro mógł ją pochować.
   - To przyjdziesz tu po nią? - spytała stara.
   - Wynieście mi ją jutro koło krzyża, na skrzyżowanie. Będę tam na was czekał o jedenastej w nocy - powiedział szykując się do wyjścia.
   Gdy był już przy drzwiach, odwrócił się i rzekł do starej.
   - Dla niepoznaki włożę parę worków do samochodu.
   Kobieta poszła za nim, otwarła drzwi wyjściowe i stanęła przy nich, patrząc w mrok, wypatrując czy nie nadejdzie jakiś nieproszony gość. Michał poszedł do samochodu, otworzył tylną klapę, po czym hałasując jak zwykle, poupychał kilka  pełnych worków zboża w tyle samochodu. Wsiadł za kierownicę, uruchomił silnik, po czym odjechał machnąwszy jej ręką na pożegnanie.
   Stara wróciła do izby. Była zmęczona, ale też zadowolona, że niedługo to wszystko się skończy. Zakrzątnęła się koło kolacji. Nasmażyła jajecznicy z boczkiem i podała sporą miskę Jadzi. Sama też siadła przy stole i nałożyła sobie nie mniejszą porcję. Niemowlę najedzone też było pełne wigoru. Leżało na pleckach i merdało rączkami i nóżkami.
   - Matulu - odezwała się Jadzia. - Odwróć ją wtedy, gdy będę spała - poprosiła takim głosem, jak by była chora. - Dłużej już tego nie wytrzymam.
   - Znowu cie jakiś bąk ukąsił. - Matka odsunęła talerz z niedojedzonym jedzeniem.
   - Musi być jakieś inne wyjście - wydusiła Jadzia, czując jak płacz chwyta ją za gardło. Doznała takiego wrażenia, jakby umierało w niej coś niesłychanie cennego. Przecież             to maleństwo jest częścią jej samej. Gdy przestanie bić to małe serduszko, jak może bić dalej jej własne.
   Po policzkach pociekły jej łzy.
   - Matulu, przecież to moja córka - szeptała. - Matulu, przecież jestem jej matką. - Szlochała już na całego, zasłaniając usta dłońmi, tuląc głowę w poduszkę.
   - Tak sie nadajesz na matke jak i ja - mruknęła stara jakby do siebie, a do córki odezwała się bezdyskusyjnym głosem.
   - Chcesz we wstydzie żyć i sama na tym świecie? 
   Siedziała przy stole chmurna, nie czekając na odpowiedź na pytanie, które jej samej wydało się bardzo głupie.
   Po jakimś czasie dodała bardziej złagodzonym tonem.
   - Śpij już Jaguś. Śpij spokojnie, zrobie to za ciebie.
   Jadzia jeszcze długo pochlipywała w poduszkę, aż w końcu usnęła. Gdy matka usłyszała      jej równy, cichy oddech, podniosła się z krzesła, pochyliła nad łóżkiem i odwróciła śpiące niemowlę na brzuszek. Poprawiła małą główkę tak, aby leżała prosto zagłębiona                   w poduszkę, po czym przyglądała się postaciom leżącym na łóżku. Gdy wydało jej się,         że mała przestała oddychać, zgasiła światło i poszła do swojej izby. Była tak zmęczona,       że nawet się nie przebierała do snu. Położyła się na łóżko i zasnęła od razu kamiennym snem.

 

   Jadzię obudziło jakieś charczenie. W pierwszej chwili po obudzeniu, nie wiedziała       gdzie się znajduje, a nawet co się z nią dzieje. Otworzyła oczy i wsłuchiwała się w te odgłosy. 
   Wraz z docierającą do jej głowy świadomością, że leży we własnym łóżku w chałupie matki, docierały też wspomnienia ostatnich godzin i dochodziła do wniosku, że to  może charczeć niemowlę, które, przecież miało już nie żyć. W ciemności odnalazła poduszkę         i leżące w niej dziecko. Drżąc cała, wzięła je na ręce i przytuliła. Usłyszała jak dziecko parę razy zaczerpnęło powietrze, potem się uspokoiło i zaczęło sztywnieć w jej rękach.
   - Moja kruszynko, moja mała kruszynko, dlaczego? Dlaczego?! - szeptała tuląc, sztywniejące coraz bardziej zimne ciałko.
   Ale nie znajdywała odpowiedzi, dlaczego nie ma ojca i normalnej rodziny. Dlaczego         nie miała nigdy chłopaka, tak jak inne dziewczyny. Dlaczego była wykorzystywana przez wszystkich, którzy mieli tylko na to ochotę i dlaczego zabiła to małe stworzonko, które       nic temu nie było winne.

 

   Gdy brzask już robił się za oknem, a w zagrodach słychać było pierwsze “kury” matka weszła do izby. Zapaliła światło i zobaczyła Jadzię siedzącą na łóżku, tulącą martwe dziecko w ramionach, kołyszącą się jednostajnie do przodu jak w jakimś transie.
   - Na litość boską, ostaw tego trupa! - powiedziała stropiona. Podeszła do córki, potrzęsła    ją za ramiona, ale Jadzia nie reagowała.
   Siłą odebrała jej niemowlę i położyła na poduszce. Zdjęła z zastygłego ciałka koszulkę, mocując się ze sztywnymi rączkami, po czym zawinęła nagiego trupka w gazetę. Włożyła zawiniątko do torby podróżnej, którą wsunęła do szafy stojącej w rogu izby i zamknęła drzwi na kluczyk, a kluczyk schowała do kieszeni zapaski.
   Chyba jej sie rozum pomieszał, pomyślała, patrząc na córkę, kiwającą się nadal na łóżku. Wyszła z chałupy i zaczęła krzątać się po gospodarstwie.
   Dzień się podnosił ciężki a tak ponury, że choć już była pora na ranną jasność, ciemno było ciągle jak o pierwszym brzasku. Skłębione, brudne chmury wisiały nisko nad wioską,   a deszcz zacinał ostro, zawiewany porywami zimnego wiatru i mroczyło cały czas                 na zamglonym świecie. Stara nie zważała na to wcale. Wydoiła krowę, otwarła drzwi do kur i rzuciła im zalegającego w korycie z poprzedniego dnia świńskiego jedzenia. Poszła do izby i przygotowywała nowe jadło świniom. Zaglądała czasem do Jadzi, która leżała przykryta pierzyną po czubek głowy, a słysząc jej oddech, odchodziła, zostawiając ją w spokoju, mamrocząc za każdym razem pod nosem: - próżniaczysko, dzień jak wół, a ta śpi jak           po weselu. - obcierając ukradkiem łzy rękawem.
   Szła znów w obejście, a nawet daleko w pola na miedze, rwać trawę królikom,                   nie zważając na wiatr, na deszcz, na mokrą odzież, czy włosy wymykające się                           z pod mokrej chustki, zalepiające jej spłakane oczy.
   Wracała do chałupy, mamrotała znowu do córki, zakładała nową chustkę, jakieś suche palto albo kurtkę, patrzyła na zegar i znowu szła na świat zamglony i namokły nie zważając na pluchę, myśląc, aby tylko doczekać się nocy.
   Minęło południe i mijały kolejne godziny, a one jakby oślepły na wszystko. Nic nie jadły, ani nie piły. Nie rozmawiały też ze sobą. Jadzia już nie spała. Leżała przykryta pierzyną, wodziła za matką oczami, ale ta jakby jej nie widziała. Na zegar tylko spoglądała, nie słysząc nawet porykiwania krowy, która jeść nie dostała, ani kur pod drzwiami chałupy gdakających i o otwarcie chlewa proszących, 
   W izbie było jak w grobie, przygotowywanym aby pochować to małe niemowlę.                 Tę maleńką wnuczkę, czy córeczkę, leżącą na razie tam w szafie, a nie dającą
zapomnieć      o tych paru godzinach, kiedy to trochę życia przed swoją śmiercią do tej chałupy wniosło.

   Na dworze zrywał się wiatr coraz silniejszy. Kołował nagłymi nawrotami, chlapał deszczem we wszystkie strony i wył jak potępieniec, tak, że przemarznięta stara tylko     przy piecu siedziała, na zegar spoglądała w oczekiwaniu jakby czegoś strasznego.
   W końcu doczekały wieczora. Parę minut przed jedenastą, stara wyjęła z szafy torbę             z zawiniątkiem. Włożyła do środka szufelkę, założyła płaszcz i wyszła na dwór.                     Do rozwidlenia dróg nie miała daleko. Ścisnęła kołnierz palta ręką przy szyi, pochyliła się zasłaniając torbą od deszczu i ruszyła ciemną ulicą. 
   Wicher zaś wciąż kręcił z mocą, odbijał się od ścian chałup, przewracał wznak na pola, niosąc chmary mokrych liści i tak mącił, zakręcał i bił, że ledwo mogła utrzymać się             na nogach. Dotarła po jedenastej na skrzyżowanie, ale Michała jeszcze nie było. Stała więc niepewna pod krzyżem, na którym blaszany Chrystus trzaskał sobą o drzewo krzyża, wisząc tylko przybity za głowę i jedną rękę, bo widocznie nawałnica oderwała go od drzewa, wymachując tą drugą ręką, jakby grożąc całemu światu.
   Właśnie zastanawiała się co ma dalej robić, gdy Michał podjechał do niej na rowerze.
   - Spóźniłem się, bo nie brałem auta. Jeszcze by mnie kto zobaczył i rozpoznał mój samochód przy cmentarzu - usprawiedliwiał się nie zsiadając z roweru.
   - Nareszcie - syknęła, nawet nie słuchając co mówi. - Masz tu dziecko i szufelke,               bo na pewno swojej nie wziołeś - dodała, mocując się z suwakiem torby.
   - A no nie - odpowiedział. Zsiadł z roweru i zastanawiał się co ma zrobić z podawanymi mu rzeczami.
   - Może dacie mi torbę? - spytał.
   - A juści i więcej jej nie zobaczę - mruknęła, wciskając mu w rękę zawiniątko, na którym mokre gazety rozpadały się w palcach, odkrywając gołe nóżki. Odebrał od starej trupka         i po chwili namysłu, położył go na bagażniku, przyciskając sprężyną, a szufelkę wsadził sobie za pasek.
   - No to jadę - powiedział i wykręcił w kierunku cmentarza. 
   - A żebyś szufelke mi jutro odniósł - zawołała jeszcze za nim przytłumionym głosem.   Odwróciła się, a gdy zniknął w ciemności, śpiesznie wróciła do domu.
   Michał gdy ujechał kawałek, zatrzymał się. W mroku widział jeszcze starą, jak prawie biegiem zmierzała w stronę wsi, a gdy zniknęła mu z oczu, zawrócił, minął skrzyżowanie       i pojechał do pobliskiego lasu. Tam w lesie wykopał dół, po czym wrzucił do niego nagie ciałko, bo gazety całkiem rozpadły się na deszczu. Zasypał je dokładnie, ubił nogami ziemię, potem przykrył rozkopane miejsce ściółką. Pojechał jeszcze na cmentarz, gdzie pod płotem usypał niewielki kopczyk z piasku z pobliskiej mogiły. Wielce utrudzony, przemoczony       do ostatniej suchej nitki, włożył szufelkę za pasek, wsiadł na rower i popedałował do domu.

 

   Mijały tygodnie i Gorce pogrążyły się w jesiennej ciszy. Deszcze rozpadały się na dobre,      a wieś często pogrążała się w gęstych tumanach szarugi.
   Ogłuchły lasy i umilkły pola. Tylko niekiedy ktoś tam jeszcze wyjeżdżał w przegnite         od wilgoci pole, zebrać ostatnie zagony buraków, czy rozsiać nawóz na spóźnionej oziminie.
   W małej chałupce na skraju wsi z oknami pozasłanianymi grubymi firanami, niewiele się działo. Matka wstawała jak dawniej z samego rana i brała się do codziennych obrządków. Jadzia wstawała później, myła naczynia, brudne garnki z poprzedniego dnia i robiła           co ino trzeba było zrobić w chałupie.
   Jedno co się zmieniło to to, że prawie nie rozmawiały ze sobą. Milczenie przykre, przesycone tajonymi żalami, wzmagane uczuciem nędzy, zagnieździło się między nimi           i rosło każdego dnia. Nie patrzyły na siebie, nie uśmiechały, tylko w oczach czaiły się tłumione wyrzuty, gorycz, a także jakaś żałość nowa, dotąd im nie znana. 
   Jadzia wieczorami jak tylko mogła, to wychodziła z domu i przesiadywała w wiejskim pubie niedaleko stadniny. Właściciel zamykał go wtedy, kiedy ostatni klient opuszczał lokal. Często była tym ostatnim gościem i nie rzadko w towarzystwie jakiegoś przyjezdnego miłośnika konnej jazdy. Wracała wtedy do domu późną nocą albo nad ranem rozmamłana, cuchnąca wódką, ale jakby pokrzepiona na duchu, wyzbyta tych wyrzutów, które cały czas ją męczyły.
   Któregoś dnia spotkała Renię. Wpadły na siebie przed wejściem do sklepu spożywczego. Nie przywitały się nawet, bo Renia spojrzała na nią jakby z dystansem.
   - Cześć, kiedy przyjechałaś? Nie mogłaś to zadzwonić? - spytała Jadzia z wahaniem,       nie patrząc koleżance w oczy.
   Renia pociągnęła ją za rękę w kierunku swojego samochodu, otworzyła drzwi po stronie pasażera, po czym wepchnęła ją do środka. Usiadła za kierownicą i ruszyła ostro spod sklepu. Zatrzymała się dopiero na jakiejś bocznej drodze między sadami.
   - Co ty wyprawiasz, dziewczyno? - spytała wzburzona.
   Jadzia patrzyła w dal z ponurą miną nie odpowiadając.
   - Przecież masz małe dziecko? A może nie? - Odpowiedz! - domagała się odpowiedzi.
   - Umarło - szepnęła Jadzia w końcu.
   - Umarło? Nie słyszałam o pogrzebie - powiedziała najeżona.
   - Przestań, nie było żadnego dziecka. - Jadzia otworzyła drzwi i chciała wysiąść.
   Renia przytrzymała ją za kurtkę.
   - Zabiłaś je? Wiedziałam, że to zrobisz. Wyczułam to, jak u mnie byłaś.
   - Przestań, ty też zabiłaś swoje - odpowiedziała jej gniewnie. 
   - To było co innego. - Renia chciała jej tłumaczyć, szukając w głowie na prędko argumentów, ale nie mogła ich znaleźć. Spytała tylko.
   - Dlaczego?
   - Dlaczego? - Jadzia odwróciła się do niej gwałtownie i powiedziała jej prosto w twarz.       - Dlatego, bo wstyd i hańba urodzić nieślubne. - Wyszarpnęła się, wysiadła z samochodu       i szybkim krokiem poszła w stronę wsi.
   Renia oszołomiona jej odpowiedzią, odprowadzała wzrokiem jej zgrabną sylwetkę             w obcisłej, czarnej spódnicy, szykownej kurtce i czerwonych szpilkach. Po dłuższej chwili pomyślała o Heńku, który czeka na nią z obiadem. Uruchomiła silnik i ruszyła w stronę   jego domu.

 

                                                               *      *      *

 

21 maja 2017

Stanisław Magot

98 - 400 Wieruszów

ul. Warszawska 113

Zapraszamy do serwisu

tel.  48 668 216 761

tel. 48 62 78  41261

stmagot@gmail.com