Herosy 
i chudziaki  

    Złote promienie zachodzącego słońca wsuwały się miedzianym blaskiem między kępy dzikich jeżyn i karłowatych brzóz rosnących na końcu pola. Ich odblaski zabarwiały szkarłatną poświatą dolne krawędzie kłębiastych, białych jak śnieg chmur, tulących się    do pagórkowatego horyzontu. Prześlizgiwały się po zielonych zagonach i skrzydłach samolotu, kłując w oczy czerwono-złotymi promieniami.

   Maszyna, kolebiąc skrzydłami, wyjechała z zagonu ogórków na porośnięty kępami trawy i pokryty kopcami kretowisk koniec pola, zawróciła i wjechała w jego skraj, obejmując swymi skrzydłami ostatnie rzędy plantacji.

   - Nur zur Ende des Feldes und der Schluss fur heute! - zawołał wesoło Herr Friedmann, siedzący za kierownicą ciągnika.

   - Ja, ja - odpowiedziało mu kilku z nas, podnosząc się na chwalę, siadając, rozciągając zmęczone mięśnie i bolące kości, poprawiając gąbki, kładąc się z powrotem na skrzydłach samolotu.

   - Sukinsynowi na pewno wątroba się przewraca, że będziemy kończyć gdy słońce jeszcze na niebie - powiedział po polsku ,,Szwagier” do leżącego po jego lewej stronie Jasia ,,Boksera”, pokazując mu czerwoną gulkę pod szyją, odciśniętą widocznie przez jakiś nieodpruty guzik koszuli. (Taki mały guziczek po kilku gadzinach leżenia na nim, zaczyna uwierać jak ostry kamień).

   Samolot wjechał ponownie w zagony i musiałem pośpiesznie odstawić butelkę                z ohydną, ciepłą wodą, której udało mi się przełknąć kilka łyków. Zanurzyłem ręce            w szorstkich liściach ogórków swojego rzędu. Przebierając nimi jak automat, zacząłem  na powrót zrywać odpowiedniej wielkości ogórki i kłaść je na taśmę, klekoczącą się nad głową, transportującą ogórki w kierunku ciągniętej za samolotem przyczepy.

   Jeszcze około pół godziny i kolejną dniówkę będziemy mieli za sobą. 10 razy 7 to 70.    70 razy 4 to 280 zł. - przeleciał mi przez głowę prosty rachunek i podświadomie wywołał uśmiech.

   Wszyscy byliśmy w dobrych humorach prawdopodobnie z tego właśnie powodu.

   Po prawej mojej stronie zrywał ogórki wielkimi jak bochny chleba dłońmi Jasiu ,,Copka”. Nazywany przez nas tak z powodu czapki, którą miał zawsze na głowie

i w której podobno spał. (Czapka, kiedyś biała bejsbolówka, obecnie wyglądała jak kawałek szmaty z otokiem i miała kolor ziemi, z którą mieliśmy ciągle do czynienia).     

   Jasiu ,,Copka” wielkie, poczciwe chłopisko uśmiechał się do siebie i nucił coś pod nosem, ale tak fałszując, że nie miałem pojęcia jaka to była melodia. Nie miałem też nigdy pojęcia, o co mu chodziło, gdy nieraz odezwał się do mnie, lub gdy ja próbowałem z nim porozmawiać, słysząc jego odpowiedzi. Zrywał więc Jasiu ,,Copka” ogórki podśpiewując, zadowolony z siebie, co jakiś czas prostując tułów i kładąc na taśmę taką ich ilość, jaką ja objąłbym swoimi dłońmi na trzy razy.

   Po lewej mojej stronie leżał ,,Szwagier”. Błażej był naturalnym szwagrem Jasia ,,Boksera”, który zajmował miejsce obok niego bardziej na lewo. Obaj pochodzili                z Wrocławia, a Jasiu ,,Bokser” był podobno zawodnikiem wagi ciężkiej klubu Gwardii Wrocław. Nikt w to nie wątpił, choć jakoś niemrawo wypowiadał się na temat toczonych przez siebie walk. W każdym razie potwierdzeniem bokserskiego statusu były, wytatuowane na bokach jego prawie pięćdziesięciu centymetrowych bicepsów, dwa skrzyżowane przedramiona, ubrane w wielkie, niebieskie bokserskie rękawice.

   Za nimi, na końcu lewego skrzydła leżeli dwaj bracia: Leszek i Zbyszek. Leszek był starszy i uważał się za najmądrzejszego człowieka, który zaszczycił swą obecnością      ten ziemski padół. Nie krył się z tym wcale, że jeśli by chciał, byłby ministrem albo premierem, a nawet mógłby bez specjalnego wysiłku sprawować te dwie godności równocześnie. Sprawy, w których zabierał głos, obojętnie jakiego dotyczyły tematu,        nie podlegały żadnej dyskusji i były poparte zawsze argumentami nie do podważenia: okazałej wielkości, muskularnymi barami jego brata Zbyszka. Nieodstępującego go          na krok. Rzeźnika z zawodu, chwalącego się przy każdej okazji, że jego ulubionym napojem jest krew świeżo zabitego byka.

   Na prawym skrzydle, najbliżej ciągnika leżał mężczyzna sześdziesięcio-pięcio letni, niewysoki, o potężnym torsie do którego na krótkiej, grubej szyi przyczepiona była mała, łysa główka z otoczką siwych włosów, rosnących jak warkoczyk od ucha do ucha z tyłu głowy. Nazywał się Adam i pracował u Friedmana od pierwszego roku założenia przez niego plantacji ogórków. To on zorganizował pierwszą grupę polskich robotników dziesięć lat temu i to on każdej wiosny decydował, kto będzie w zbliżającym się sezonie pracował na farmie, co wiązało się z otrzymaniem wizy pracowniczej. Jego pozycja jako lidera całej naszej grupy była niepodważalna, czego nie próbowali zmieniać nawet Niemcy. Mieszkał w wygodnej przyczepie kempingowej razem z Jasiem ,,Copką”, który gotował dla nich obu, sprzątał i dbał o zakupy, których podstawą były trunki.

   Ogórki to Adam zrywał tylko te które wpadły mu w oko, na co miał cichą zgodę gospodarza. Leżał na lewym skraju swego rzędu, a przeważającą część jego rai obrabiał Heniu syn Bogdana. Większość czasu nasz przewodzący spędzał na rozmowie z Herr Friedmannem. Rozmawiali, przekrzykując hałas motoru o wszystkim, a ja znający jako tako niemiecki, przysłuchując się czasem ich rozmowie, dziwiłem się, że każdy z nich mówił o czymś zupełnie innym, jakby nie rozumiejąc dokładnie o co chodzi drugiemu,    ale za każdym razem wątek rozmowy podsumowywali zgodnym: - Ja, ja. Das muss so sein! Die Ordnung muss immer sein!

   Gdy byliśmy już w połowie zagonu, na drodze przy końcu pola zatrzymał się mały ciągnik z podpiętą jednoosiową przyczepą z której zeskoczyła na ziemię ,,Caryca” - żona naszego pracodawcy i szybkim krokiem, ścieżką wyjechaną przez koła samolotu zmierzała w naszym kierunku.

   Frau Friedmann miała na imię Helga, trzydzieści lat, czerwone jak ogień włosy i na sobie jaskrawy dirndl, który podkreślał jej zgrabną figurę. Była kilkanaście lat młodsza            od swego męża, ale to ona była szefem. Pojawienie się jej na polu oznaczało dla nas kłopoty i wywoływało zdwojoną szybkość ruchów. Herr Friedmann podkręcał gaz, a nawet Adam nie odważał się odzywać, udając że strasznie jest zajęty szukaniem i zrywaniem ogórków. Przeważnie niewiele to pomagało. ,,Caryca” szła na ,,zrobione” rzędy                za maszyną i zawsze znalazła jakieś miejsce z pozostawionymi ogórkami. Zrywała            je i pomstując w nie wiadomo jakim języku rzucała je na taśmę przed głową winowajcy, na którego rzędzie były zerwane. Nieszczęśnika czekała teraz kara odpisania godziny albo dwóch od przepracowanej dniówki.

   Tym razem ,,Caryca” przybyła na pole w innym celu. Podbiegła do ciągnika                      i przekrzykując hałas pracującego motoru poinformowała męża, że przyjechał przedstawiciel fabryki-przetwórni ogórków i chce z nim rozmawiać.

   Powstało na chwilę małe zamieszanie. Herr Friedmann niezadowolony, mamrocząc coś pod nosem, udał się w stronę stojącego na drodze ciągnika. Adam usiadł na jego miejscu, a ,,Caryca” położyła się na skrzydle nad jego rają. Zrywający po prawej stronie Bogdan      i jego dwaj synowie: Heniek i Maciek odetchnęli z ulgą. Przesunęli się bliżej do siebie, kładąc na swoich miejscach, mając wreszcie w zasięgu ramion tylko swoje rzędy.

   Bogdan i jego dwaj synowie byli wspaniałymi ludźmi. Mieszkali we trójkę w wygodnej budowlanej pakamerze, zaadaptowanej na warunki mieszkalne, skąd dolatywały do naszych nosów nieziemskie zapachy przygotowywanych potraw w czasie obiadowych przerw. Choć Bogdan zaczynał razem z Adamem pracę u Friedmana, można było zauważyć, że nie dążyli się sympatią. Od trzech lat, kiedy to udało się Bogdanowi wkręcić do grupy swoich synów, ich stosunki uległy jeszcze większemu ochłodzeniu. Być może      to było powodem, że musieli we trójkę zrywać ogórki prawie z czterech rzędów.

   Parę dni temu, gdy rozmawiałem z Bogdanem, powiedział mi, że to będzie ich ostatni rok na ogórkach, jeśli zarobią brakującą im sumę do otwarcia wymarzonej restauracji w centrum Oleśnicy z której pochodzili.

   Za nimi na końcu prawego skrzydła samolotu zrywali ogórki dwa ,,chudziaki”.

   Nazywanie kogoś chudziakiem nie było określeniem obraźliwym, ale raczej lekceważącym z odrobiną ukrytej pogardy. Tak byli nazywani ci, którzy nie pasowali swym zachowaniem i wizerunkiem do tych herosów niemieckich plantacji ogórków, szparagów i kapusty; starych wyjadaczy dobrowolnej, niewolniczej pracy na polach            w gospodarstwach rolnych naszego zachodniego sąsiada, gdzie w ciągu trzech miesięcy można było zarobić na roczne utrzymanie całej rodziny w naszym kraju.

   ,,Chudziaki” byli młodymi chłopakami. Obaj wysocy i szczupli. Marek był starszy, miał dwadzieścia pięć lat, a Kamil chyba nie miał jeszcze dwudziestu. Skończył niedawno jakąś szkołę i wybierał się na studia, prawdopodobnie zaoczne. W ogóle trudno było cokolwiek z nich wyciągnąć, bo jakby wyczuwając atmosferę, która ich otaczała, stronili od reszty grupy. Pracowali już drugi sezon za sprawą rodziców Marka, którzy znali się                      z Friedmanami. Na polu czy w czasie wolnym od pracy trzymali się razem, ciągle dyskutując o jakichś telefonach bezprzewodowych, komputerach i programach do nich,  co wywoływało za ich plecami pobłażliwe uśmiechy i stukanie się palcem w okolicy czoła przez niektórych członków naszej grupy.

   Gdy na maszynie zapanował wreszcie spokój, Adam ostro ruszył i dojechaliśmy            do końca pola, zrywając wyjątkowo starannie ogórki, choć nasza uwagę, (z wyjątkiem chyba ,,chudziaków’, którzy jak zwykle byli zajęci rozmową o komputerach) dzieliliśmy pomiędzy przesuwającymi się pod skrzydłami samolotu krzakami, a zgrabnym tyłeczkiem ,,Carycy”, który przyciągał nasze ukradkowe spojrzenia.

   Adam minął w końcu koniec pola. Zaparkował samolot na polu po drugiej stronie drogi, zgasił silnik i zeskoczył na ziemię.

   - Podziękujcie chłopaki szefowej, że tak pięknie nam pomagała - zawołał, mrugając      do nas i robiąc minę jakby zjadł coś bardzo kwaśnego.

   - Adam! Brać ludzi i nogami do Dorf! Gerard będzie albo nie - powiedziała Frau Helga, prawie czystą ,,polszczyzną“, wpatrując się w jego twarz.

   Adam zrobił minę, przewracając ogłupiałymi oczami, jakby tym razem zjadł coś obrzydliwego. My też zbierając się z maszyny psioczyliśmy na wszystko, a na brak porządku i naszego poszanowania najbardziej, bo do wioski mieliśmy prawie dwa kilometry. Całe szczęście, że w oddali dał się słyszeć odgłos ciągnika i po kilku minutach minął nas traktor z jednoosiową przyczepką. Gerard na pełnej szybkości wykręcił na kawałku pustego zagonu i z piskiem hamulców zatrzymał się obok nas. Powitaliśmy go przyjaznymi okrzykami jak największego dobroczyńcę, drąc gęby, zadowoleni, ładując się na przyczepę.

   Gerard był młodszym bratem Herr Friedmanna. Miał nie całe czterdzieści lat,                ale zachowywał się jak małe dziecko. Nie miał ,,allen Tassen im Schrank” jak mówili miejscowi Niemcy. Był za to ,,dusza człowiek”, szczególnie dla nas Polaków. Każdego ranka pierwszy witał się z każdym z nas i pomagał każdemu na swój sposób. Nauczył się kilku polskich słów i jeśli już się odezwał to właśnie głośno wykrzykując te słowa.

   Gdy wszyscy znaleźliśmy się na przyczepie, Adam upchnął nas jak sardynki i zrobił miejsce dla Frau Helga. Wyciągnął w jej kierunku obie ręce i zawołał, oferując pomoc przy przeskoczeniu wysokiej burty przyczepy.

   - Wskakujcie, a jak ja nie dam rady, to Zbyszek pomoże!

   ,,Caryca” obrzuciła nas niechętnym spojrzeniem.

   - Ja musze na polu bleiben - odpowiedziała, po czym zawołała na Gerarda.

   - Gerard! Los! Aber fahr langsam und vorsichtig!

   Gerard przegazował parę razy motor i wyrwał z miejsca tak, ze wszyscy polecieliśmy  na tylną burtę.

   Z pola do wioski prowadziła asfaltowa, równa jak autostrada, dróżka o szerokości niewiele ponad trzech metrów, wijąca się pośród pagórkowatych zagonów różnych upraw, wyglądająca jak satynowa wstążka na ślicznie zapakowanym wielkim prezencie. Gerard mknął nią jak powóz św. Mikołaja, zaprzężony w renifery po niebieskim szlaku      z animowanych bajek Disneya. Na początku zanosiliśmy się wesołym śmiechem, ale gdy jazda stała się niebezpieczna, zaczęliśmy wrzeszczeć na niego, aby zwolnił.

   W odpowiedzi wybuchnął śmiechem i wykrzykując słowa ze swojego polskiego repertuaru: - Kurwa mać!! Spierdalaj!! Pierdolić!!! Dodał gazu, tak że na zakrętach przyczepką zarzucało po asfalcie, a gdy na wirażu, któreś z kół przyczepy podnosiło się do góry, z krzykiem rzucaliśmy się na burtę, żeby przygnieść je do drogi.

   Gdy wjechaliśmy w zabudowania wioski, Gerard niewiele zwolnił i dopiero na podwórzu swojego gospodarstwa zahamował z piskiem hamulców, zarzucając przyczepką w stronę naszych bud i kempingowych przyczep w których mieszkaliśmy.

   Zadowoleni z kolejnego szczęśliwego powrotu z pola, podziękowaliśmy mu za świetną jazdę, na co odpowiedział dumnie:

   - Ale zapierdalać! Ha!

   Gdy rozchodziliśmy się do swoich kwater, rozpamiętując wariacką jazdę Gerarda; kierowcy bez prawa jazdy na jakikolwiek pojazd, dla którego te szaleńcze jazdy były jedyną rozrywką i chęcią zaimponowania, na drodze prowadzącej do naszej zagrody, pojawił się osobowy Volkswagen i dławiąc się niesprawnym silnikiem, zbliżał się do obejścia z niewielką prędkością.

   Z przyczepki wygramoliłem się ostatni i gdy miałem już pójść za rozchodzącą się grupą, odwróciłem jeszcze raz wzrok na zbliżający się samochód i zauważyłem na nim polskie tablice rejestracyjne. Co tam kolacja, pomyślałem, zawracając w kierunku bramy, obserwując dymiącego białym dymem z rury wydechowej Volkswagena, wykręcającego przed wjazdem na farmę, zatrzymującego się pod rozłożystą gruszą na rozjeżdżonym poboczu.

   W samochodzie, który wyglądał dość starawo o czym świadczył jego matowy czerwony kolor oraz popuchnięty w niektórych miejscach lakier, siedziało dwóch młodych ludzi, żarliwie dyskutujących, gestykulujących, prawdopodobnie się kłócących. Auto przypominało Volkswagena II i gdy zastanawiałem się czy jest to jakaś wcześniejsza wersja tego samochodu, otwarły się drzwi po stronie kierowcy. Z samochodu wysiadł chudy drągal. Kopniakiem zatrzasnął drzwi i spytał mnie ze zrezygnowaną miną:

   - Szprechen Sie polski?

   - Tak. Jestem Polakiem - odpowiedziałem.

   Wtedy z powrotem otworzył energicznie drzwi auta i zawołał do tego drugiego.

   - Wysiadaj Krzysiu! Jesteśmy uratowani! Tu są Polacy!

   Z samochodu wyskoczył podobny do niego chudzielec.

   - Panie - zwrócił się do mnie gorączkowo. - Jeździmy z bratem już przeszło tydzień      od wioski do wioski, ale nie ma żadnej pracy. Auto nam nawaliło, pieniądze też się kończą. Tutaj ostatnia nasza nadzieja. - Złożył ręce jak do modlitwy.

   - Znacie niemiecki - spytałem.

   - A gdzie tam. Parę słów - odpowiedział chudzielec - kierowca.

   - A z autem co jest - dopytywałem.

   - Nie wiemy. - Zrobił zafrasowaną minę i wzruszył ramionami. - Trzeba wodę uzupełniać, bo ciągle ubywa i słabe jakieś takie się zrobiło. Ja jestem kierowcą od pół roku, a brat w ogóle nie ma prawa jazdy - powiedział podnosząc maskę samochodu, dyletanckim wzrokiem patrząc na brudny i zaolejony silnik.

   - Chudzielec nazwany Krzyśkiem też spoglądał bezradnym wzrokiem to na silnik,          to znów na mnie z błyskiem nadziei, aż w końcu odezwał się zgaszonym głosem                z markotnym uśmieszkiem.

   - Nie wygląda to dobrze. Prawda?

   - Prawdopodobnie macie uszkodzoną uszczelkę pod głowicą - powiedziałem. - Bez mechanika się nie obejdzie. Do tego olej, płyn. Czarno to widzę, jeśli nie macie pieniędzy.

   Stali zdruzgotani, spoglądając zasępionym wzrokiem to na siebie, to na mnie. Wysocy, chudzi, zmarnowani z twarzami bladymi jak płótno, potrząsając bezradnie umorusanymi rękami.

   Gdy tak staliśmy w milczeniu, zdawało się szukając jakiegoś wyjścia, podszedł do mnie Leszek z nieodstępującym go nigdy bratem i spytał szeptem:

   - Co to za chudziaki?

   Wzruszyłem ramionami.

   - Mają zepsute auto i chcieliby zarobić na mechanika - powiedziałem bez przekonania.

   - Ale nie tutaj - odrzekł szorstko, rzucając okiem na silnik. - Co najmniej dwieście Euro. Zbyszek! Leć po Adama i Jasia Boksera! Migiem! Migiem! - popędzał krzykiem brata.

   Nie minęło pół minuty, a już w naszą stronę pędem zmierzali Jasiu ,,Bokser”                    i ,,Szwagier”, a po chwili także Adam podciągający spodnie i mocujący się z klamerką paska, wyciągnięty przez Zbyszka prawie siłą z wychodka.

   Zdenerwowany Leszek, rzucając groźne spojrzenia w kierunku przybyłych, zwrócił się do kolegów, gdy tylko obstąpili Volkswagena.

   - Popatrz Adam! Mają silnik do remontu i nie wiadomo co jeszcze do roboty przy tym trupie. Chcieliby tu zarobić na remont. Ludzie! A może na nowe auto! Adam, wytłumacz im, że tutaj mamy komplet, a jak ty nie potrafisz, to Jasiu ,,Bokser” zrobi to za ciebie!

   Na te słowa Jasiu wypiął tors i naprężył bicepsy z wytatuowanymi pięściami, ubranymi w wielkie bokserskie rękawice.

   Adam ściągnął swe siwe, krzaczaste brwi i szybko ocenił sytuację.

   - Panowie źle trafiliście - zwrócił się do przybyszów. - Tutaj dla nas nie zawsze jest robota. Odwrócił głowę w stronę ,,Szwagra” i przymknął jedno oko. - Moi kochani, wiem że macie kłopoty i chciałbym wam pomóc - mówił znowu w ich stronę zafrasowany. - Tu niedaleko w sąsiedniej wiosce jest duża farma; słyszałem, że tam potrzebują ludzi. - Znowu odwrócił głowę i mrugnął do ,,Szwagra”

   - W której wsi? Objechaliśmy wszystkie w tej okolicy. - spytał z niedowierzaniem chudzielec - kierowca.

   - Panowie, pomóżcie nam - poprosił drugi z braci. - Panie Adamie, niech pan weźmie nasze dane, a my weźmiemy pański adres. Po powrocie do kraju wszystko uregulujemy - mówił rozpaczliwie zwracając się do Adama.

   - Posłuchajcie - odezwałem się do wszystkich. - Ja mogę trzy dni zrezygnować z roboty, a oni niech wejdą w tym czasie na moje miejsce. Może jeszcze ktoś się podobnie zaofiaruje, a po tygodniu niech się stąd zbierają...

   Leszek podskoczył do mnie, szarpnął za rękaw i odciągnął na bok.

   - Chcesz, żeby się tu zadomowili. Friedman tylko na to czeka, żeby wymienić nas          na nowych ludzi - zasyczał mi w twarz.

   Energicznie oswobodziłem rękę z jego uścisku i strząsnąłem nią z odrazą, tak jak by dotknął ją wąż. Odwróciłem się bez słowa i przez podwórze skierowałem się do swej przyczepy. Gdy ponury mijałem róg budynku mieszkalnego, kątem oka zobaczyłem Friedmanna, bawiącego się na podwórzu ze swymi psami.

   - Stanisław! Komm zu mir - powiedział przytłumionym głosem i machnął do mnie ręką.

   Skręciłem za róg i najpierw przywitałem się z psami, które podbiegły do mnie radośnie, wesoło machając ogonami. Bary - wielki Bernardyn, gdy pochyliłem się kucając,                  i tarmosząc go za uszy, pchnął mnie łapą tak, że siadłem na ziemi, podpierając się rekami żeby nie upaść, co od razu wykorzystał Bardo - czarny Labrador, skacząc na mnie i liżąc po twarzy. Gdy i Bary zaczął dobierać się do mnie swoim zaślinionym pyskiem, Herr Friedmann zawołał na psy, które posłusznie podbiegły do niego, poczekał aż się pozbieram i spytał nie zdradzając większej ciekawości.

   - Was ist los am Tor?

   W kilku prostych zdaniach opowiedziałem mu o przyjeździe obcych i reakcji części naszej grupy.

   - Ja, Ja. Ich habe es gesehen, aber es ist Ihre Geschaft.

   - Próbowałem im pomóc, ale nie dało rady - mruknąłem po polsku, wzruszając ramionami, zamierzając odejść.

   - Stanisław, warten mal, versuchen beide - odrzekł.

   Zdziwiony odwróciłem się i spojrzałem na niego.

   Spoglądał zasępionym wzrokiem, gdzieś ponad moją głową. Bezwiednym ruchem potarł podbródek. Poruszał ustami jakby rozmawiał z samym sobą i szukał rozwiania wątpliwości, wokół tego co postanowił. Zrozumiałem jego obawy: to co chce zrobić        nie spodoba się przywódcom naszej grupy, od których był uzależniony.

   - Komm - powiedział cicho i ruszył w kierunku bramy.

   Nie będąc pewnym, czy powiedział to do mnie, czy do swoich psów, ruszyliśmy            we trójkę za nim.

   Podeszliśmy do bramy. Młodzi ludzie siedzieli już w samochodzie i zastanawiali się dokąd mieli jechać, słuchając przez poopuszczane szyby rad zgromadzonych Polaków,    że najlepiej zrobią jak wybiorą kierunek do domu.

   Friedmann podszedł do samochodu od strony pasażera i zastukał w dach auta.                Do zdziwionego Krzyśka, który wychylił głowę przez otwarte okno, powiedział krótko:

   - Ausweispapiere und beide kommen mit mir!

   Ten spojrzał ogłupiałym wzrokiem wokół siebie, po czym coś powiedział do brata, który wydawał się jeszcze bardziej zdeprymowany.

   Podskoczyłem do otwartego okna.

   - To jest Niemiec i chce wam pomóc. Zabierzcie dokumenty i najpotrzebniejsze rzeczy  w jedną torbę, zamknijcie samochód i idźcie z nim. Ino prędko, bo się jeszcze rozmyśli - powiedziałem szybko.

   W chłopaków jakby rąbnął piorun. Patrzyłem ze śmiechem jak chwytali różne przedmioty i wrzucali je do podróżnej torby, to znowu wyjmowali niektóre                          i przeszkadzając sobie wzajemnie wkładali inne. W każdym razie po trzech minutach dołączyli do Friedmanna i psów, które bez żadnych skrupułów zaakceptowały                  ich obecność, obwąchując dokładnie i przyjaźnie machając ogonami.

   Podczas całego zajścia wszyscy zebrani przy samochodzie uroczyście milczeli, tylko Adam głośno stękał i trzymał się za brzuch.

   Friedmann podszedł do swojej furgonetki. Odebrał od chudziaków ciężką torbę i rzucił na tylne siedzenie. Gestem zachęcił ich do zajęcia miejsc w środku. Sam usiadł                za kierownicą, powiedział coś do psów, uruchomił silnik i wyjechał z podwórza zadumany; prawdopodobnie rozmyślając, jak ma rozwiązać problem, który wziął sobie na głowę.

   - Friedmann lubi kłopoty - odezwał się ,,Szwagier” do Adama irytującym głosem,        gdy furgonetka nas minęła.

   - Niech ich wywiezie tak daleko, żebym ich więcej nie widział, to nie będzie żadnych kłopotów - odpowiedział Adam, popuszczając pasek.

   - Jeśli by to ode mnie zależało, to… - zaczął mówić Zbyszek, patrząc na naszego przywódcę, jakby do niego kierował swoją uwagę, ale nie dokończył, gdyż Adam odwrócił się i skierował w stronę wychodka, więc splunął tylko w kierunku starego Volkswagena pozostawionego na poboczu przed bramą, skinął na brata i poszli do obozu zawzięcie nad czymś dyskutując.

   Ja też udałem się do siebie. Mieszkałem sam w małej przyczepie kempingowej, ustawionej niedaleko drewnianego baraku, spełniającego rolę kuchni i stołówki, a także lokalu, służącego za miejsce koleżeńskich nasiadówek i oficjalnych zebrań, Była to buda, ustawiona na środku równego placu, wysypanego tłuczonym kamieniem, wokół której były rozstawione nasze przyczepy i pakamery. W dni świąteczne lub gdy mocno padało      i mieliśmy wolne, przyrządzaliśmy tam nasze posiłki na solidnej kuchni elektrycznej, która się tam znajdowała, (normalnie to pichciliśmy sobie w naszych przyczepach na małych kuchenkach gazowych). Oprócz elektrycznej kuchni znajdował się tam telewizor, ustawiony na półce, zawieszonej pod sufitem, a środek pomieszczenia zajmował ogromny stół, przy którym mogło urzędować kilkanaście osób i wokół którego były ustawione ciężkie drewniane ławki.

   Zapadał już zmrok. W stołówce paliło się światło, a przez pootwierane okna widziałem Jasia ,,Copkę” krzątającego się przy kuchni. Gdy stałem przed drzwiami mojej przyczepy, zastanawiając się czy nie dołączyć do niego i nie zjeść razem kolacji, do stołówki wpadł zdyszany Adam, mocując się z klamrą paska od spodni.

   - Jasiu! Ja zdążyłem załatwić już dwóch chudziaków, potem załatwić się w klopie,          a ty jeszcze nie gotowy z kolacją! - zawołał na ,,Copkę“, siadając przy stole.

Jasiu nic nie odpowiedział, tylko jego ruchy wydały mi się jeszcze bardziej powolne.

   - Jasiu! Nagotuj Adamowi muchomorów, to będziesz miał spokój - powiedziałem do nich przez otwarte okno, ,,robiąc oko” do Adama i poszedłem do siebie.

   Na jedzenie odeszła mi ochota, umyłem się i położyłem do łóżka. Od razu zasnąłem, ale po niecałej godzinie obudziło mnie swędzenie lewej ręki i brzęczenie komara. Po upalnym dniu w przyczepie było gorąco i duszno. Drapiąc swędzącą rękę i słuchając brzęczenia komara, nadaremnie usiłowałem ponownie zasnąć. W końcu zrezygnowałem z pomysłu pojedynku z moim prześladowcą. Wyniosłem na dwór materac, położyłem go obok przyczepy i ległem na nim, okrywszy się kocem.

   Noc była bardzo ciepła, a po niebie usianym setkami gwiazd, płynął wolno olbrzymi, srebrny księżyc wśród granatowych obłoków, rzucając ciemny cień przyczepy na moje posłanie. Odetchnąłem parę razy świeżym powietrzem i od razu zasnąłem, ale i tym razem nie dane mi było odpocząć spokojnym snem. Obudziły mnie jakieś hałasy, brzęk szklanek i stukanie butelek. W baraku-kuchni włączony był telewizor, a przez pootwierane okna, dobiegały mnie głosy, prowadzonej tam rozmowy:

   - …mówiłem to już sto razy, ale jeszcze raz powtórzę… - Rozpoznałem głos Leszka. - …Friedmann szuka tylko pretekstu, żeby się nas pozbyć i zastąpić nowymi ludźmi.

   - Po czym tak sądzisz - spytał ,,Szwagier”.

   - Wnioskuję to z jego zachowania. Czy nie widzisz różnicy jak się ostatnio do nas odnosi w porównaniu z ubiegłymi latami, nie mówiąc już o ,,Carycy”. Przedtem robiliśmy jak na swoim, a teraz sam widzisz, jesteśmy wyrobnikami na godzinę. Pracujesz tu szósty rok jak ja, to chyba to zauważyłeś?

   - Adam ma wszystko pod kontrolą - odezwał się Jasiu ,,Bokser”

   - Gówno prawda! Wydaje mi się że Adam nie ma zamiaru zatrzymać przy sobie całej naszej gromady.

   - Tam do diabła! Ale nas to zatrzyma! - wykrzyknął znowu Jasiu.

   - Nie bądź taki pewny. Jak się dogada z Friedmannem, to chudziaki przywiozą swoich kolegów, do tego ci nowi dzisiaj, a ten ,,sobek” też prędzej pójdzie z nimi niż z nami.

   ,,Sobek”!? - domyśliłem się, że miał mnie na myśli.

   - Trzeba się pozbyć chudziaków, przynajmniej tego młodszego - powiedział Zbyszek. - Niech Friedmann wie kto tu rządzi!

   - Rządzi to tutaj Adam - odezwał się ,,Szwagier”.

   - To niech otwarcie powie jakie ma zamiary! Zbyszek! Jasiu! Sprowadźcie Adama!          W jego przyczepie pali się jeszcze światło - powiedział bezdyskusyjnym tonem Leszek.

   Po chwili usłyszałem: pukanie w przyczepę, mamrotanie Jasia ,,Copki”, że Adam już śpi, okrzyki Zbyszka: Adam wstawaj! Jest ważna sprawa i piwo do wypicia! Oraz podobne Jasia ,,Boksera”, który dodawał jeszcze, że wódka też jest. Potem pijany głos Adama:

   - Co jest chamy! Zaraz zrobię z wami porządek! Ja jestem ubek! Szwagier do mnie!

   - Adaś uspokój się - prosił go Zbyszek. - Szwagier jest w jadalni i przysłał nas po ciebie, bo jest ważna sprawa i wódka do wypicia.

   - Porządek musi być, bo zaraz wszyscy pojedziecie do domu! - bełkotał Adam już udobruchany próbując wyjść z przyczepy o własnych siłach.

   Po chwili cała trójka zataczając się, przeszła obok mnie nie zauważając mojego posłania w mroku rzucanym przez cień przyczepy i weszła do baraku-stołówki.

   - Wybacz Adam, że cię obudziliśmy. - Usłyszałem głos Leszka, gdy umilkły hałasy przesuwanych ławek, otwieranych butelek i rozlewanych napojów. - Sezon niedługo się skończy, a my nie wiemy, jak będzie wyglądać nasza grupa w przyszłym roku. - mówił przy nachalnych przytakiwaniach Zbyszka.

   - A ja skąd mam wiedzieć? Spytajcie się Friedmanna - mamrotał wykrętnie Adam tak cicho, że ledwo domyśliłem się co powiedział.

   - Jeszcze nie tak dawno obiecywałeś nam, że w przyszłym roku Zbyszek będzie mógł przywieść tutaj swojego szwagra i nie wysyłałeś nas do…

   - Nie pleć głupot - przerwał mu ,,Szwagier”. - Za kogo by miał przyjechać? Wiem na sto procent, że Bogdan ze swoimi chłopakami jeszcze następny rok będzie pracował.

   - No to pozostają chudziaki …

   - Ten starszy jest pod ochroną Friedmanów - przerwał Leszkowi z groźbą w głosie Adam.

   - Zobaczysz, że oni rozwalą całą naszą grupę, a później wezmą się za ciebie - odpowiedział mu Leszek.

   - Ja jestem ubek i nikt mnie nie ruszy! - wrzasnął Adam i usłyszałem odgłos przewracanych butelek.

   - Adaś! Nie denerwuj się. Pozwól że ja wezmę sprawy w swoje ręce - mówił przypochlebnie Leszek. - Pozbędziemy się najpierw tego młodego, a zobaczysz,                że na końcu, twoje będzie na wierzchu.

   - Porządek musi być. Ja o niczym nie wiem, a jak wyjdzie jakaś chryja, to winnego zaraz wysyłam do domu - wymamrotał gniewnie Adam, po czym usłyszałem hałas przewracanej ławki, odgłosy nierównych kroków i zobaczyłem w mroku sylwetkę Adama, jak zataczając się szedł w kierunku swojej przyczepy. Później usłyszałem straszny rumor. Prawdopodobnie potknął się i tracąc równowagę walnął w przyczepę w której po chwili zapaliło się światło i otworzyły się drzwi.

   - Adam co ty wyczyniasz? Nic ci się nie stało? - mówił Jasiu ,,Copka” do leżącego Adama, wylazłszy z przyczepy, starając się go podnieść.

   - Łapy przy sobie, chamie! ,,Szwagier” do mnie! Mordują!!! - zaryczał Adam pijackim głosem.

   Wszyscy ze stołówki wybiegli na zawołanie swojego przywódcy i chyba w drzwiach też się ktoś przewrócił. Przebiegli ze śmiechem obok mnie i przy przyczepie Adama powstało straszne zamieszanie.

   Zwinąłem się w kłębek na moim posłaniu, chowając głowę pod poduszkę. Tym razem udało mi się zasnąć i przespać resztę nocy. Nad ranem obudziły mnie rozmowy, pokrzykiwania i trzaskania drzwiami przyczep. Zerwałem się spanikowany, że zaspałem. Wrzuciłem legowisko do przyczepy. Ubrałem się w pośpiechu, zabrałem dwie flaszki wody mineralnej i dołączyłem do grupy, która ładowała się już na przyczepę.

   Gdy wszyscy ulokowaliśmy się w środku i czekali na Friedmana, zagadał do mnie ,,Szwagier” łypiąc podejrzliwie oczami.

   - Zamiast podsłuchiwać, nie lepiej było przyłączyć się do nas? Wódki było tyle,              że nie wypiliśmy wszystkiego.

   - Miałem taki zamiar, ale jak się wyniosłem na dwór, to was już nie było - odpowiedziałem wymijająco.

   - Mieliśmy ważne posiedzenie w sprawie przyszłości naszej grupy… - urwał, świadomie zawieszając głos w środku zdania.

   - I co? Dużo straciłem? - spytałem.

   - Dużo to możesz stracić - odpowiedział patrząc na mnie wrogo.

   Chciałem mu odpowiedzieć w podobnym tonie, ale naszą rozmowę przerwał Gerard, który wyszedł z domu mieszkalnego i mamrocząc pod nosem polskie przekleństwa, usiadł za kierownicą ciągnika, Zdziwieni pytaliśmy go o Friedmanna, który z nami zawsze rano jeździł na pole kierując całą robotą. Gerard wyjaśnił nam ziewając, że brat z samego rana pojechał dokończyć formalności z przyjęciem do pracy, wczoraj przybyłych Polaków, którym załatwił robotę przy wyrębie lasu niedaleko naszej wioski i że dzisiaj to on będzie zastępował gospodarza.

   Uruchomił silnik, po czym ciągle ziewając, powiózł nas w kierunku pola ogórków.

Dowlekliśmy się tam po dobrej pół godzinie jazdy. Adam usiadł za kierownicą samolotu. Gerard położył się na jego miejscu i rozpoczęła się kolejna dniówka, ale robota szła kiepsko. Adam jechał powoli i zygzakiem, a z miejsca w którym na skrzydle leżał Gerarg, po chwili dobiegło nas głośne chrapanie.

   Prawie godzinę zajęło nam zrywanie ogórków, jadąc w jedną stronę zagonu; odcinka, który zazwyczaj ,,robiliśmy” w trzydzieści minut. Na końcu pola podczas nawrotu kolebanie samolotu obudziło Gerarda i zmotywowało do zrywania ogórków. Ale po niedługim czasie nasz nowy szef zaczął uprzyjemniać sobie te nudne zajęcie wykrzykiwaniem różnych przekleństw ze swojego polskiego repertuaru. Przeciągając melodyjnie wyrazy, jakby zachwycając się pięknem i bogactwem polskiej mowy, wykrzykiwał do siebie głośno przekleństwa, używając najczęściej swego ulubionego: kurrrwa maćććć! W odpowiedzi niektórzy z nas wybuchali śmiechem i ukradkiem rzucali w niego ogórkami. Gerard nie pozostał dłużny i wkrótce rozpętała się prawdziwa wojna na ogórki, pomiędzy naszym lewym skrzydłem, a prawym, na którym leżał.

   Robota ruszyła dopiero około godziny dziesiątej, kiedy to na pole swoją furgonetką przyjechał Herr Friedmann i zmienił za kierownicą samolotu Adama, a Adam z kolei Gerarda, który rzucił nam na odchodne parę polskich przekleństw i poszedł do domu. Friedmann gdy usiadł za kierownicą, zajrzał do przyczepy ciągniętej za samolotem, potem spojrzał krytycznie na kawałek ,,zrobionego” przez nas pola, podkręcił gaz i zawołał        do Adama:

   - Wir mussen den Job nachholen, weil Frau Helga wutend sein wird!

   - Ja, ja! Ordnung muss sein! - odpowiedział Adam ochoczo, kładąc się na brzegu swojej rai, robiąc miejsce dla trójki: Bogdana i jego dwóch synów, którzy posłusznie zabrali się za zrywanie ogórków na czterech rzędach.

   Do obiadu pracowaliśmy już zwykłym rytmem. Około pierwszej po południu, przyjechał po nas Gerard i po kolejnej, szczęśliwie zakończonej szaleńczej jeździe, znaleźliśmy się    u siebie w naszych przyczepach i pakamerach.

   Zaledwie minęła przerwa obiadowa, pokrzepieni posiłkiem oraz dwugodzinnym odpoczynkiem, na powrót zbieraliśmy się koło ciągnika i przyczepki wożącej nas na pole. Adam czekał tam już na nas, a gdy zebraliśmy się wszyscy i zaczęli do niej ładować, zawołał do pierwszych gramolących się przez wysokie burty.

   - Hola! Hola! Jasiu Copka i Marek z powrotem! Wy nie jedziecie!

   Gdy obaj zeskoczyli na ziemię, Adam mówił dalej ceremonialnym głosem:

   - Jasiu, Bogdan, Heniu i Marek zostajecie do pomocy Frau Helga i będziecie pracować    w przydomowym ogródku, a reszta, ładować się! Dzisiejsze popołudnie robicie                na malinach! - zakończył uroczyście, czekając na naszą aprobatę.

   - Hura! - zakrzyknęliśmy zgodnie, żwawo przeskakując burty przyczepki.

   - Nie mogłeś tego powiedzieć przed obiadem! Zjadłbym tylko bułkę a nie dwa schabowe! - krzyczał z pretensjami Leszek, pokazując Adamowi pełny brzuch, podciągając do góry koszulę.

   - Będziesz miał tam do załatwienia coś ciekawszego, niż obżeranie się malinami - odburknął Adam z dziwnym błyskiem w oczach, a do ,,Szwagra” powiedział spokojnie:

- Miej tam na wszystko oko i zróbcie to tak, jak mówiliśmy. Ja zostaję i zrobię sobie wolne popołudnie.

   To powiedziawszy, mocując się ze sprzączką paska, poszedł w kierunku latryny.

 

   Praca na plantacji malin, należącej także do Friedmannów, była najlżejszym                    i najprzyjemniejszym zajęciem, wykonywanym przez nas na farmie, to też wszyscy        na przyczepce uważaliśmy się za szczęśliwców w przeciwieństwie do czwórki wyznaczonej do prac w ogródku, która z opuszczonymi głowami w milczeniu udawała się na zaplecze zabudowań, gdzie pod czujnym okiem ,,Carycy” czekało ich hakanie kartofli, pielenie grządek i obrzucanie działki nawozem.

   Friedmann zawiózł nas na pole. Wyznaczył każdemu po pięć rzędów malin, a gdy pobraliśmy wózki z koszyczkami na dojrzałe owoce i porozłaziliśmy się po plantacji, odpalił ciągnik i odjechał.

   Było śliczne popołudnie. Słońce świeciło wesoło i gorąco, ale w wysokich rzędach malin nie czuło się upału. Miałem płacone od zerwanych malin, czyli ilości pełnych, półkilogramowych koszyczków, które odstawię na koniec dniówki, to też z entuzjazmem zabrałem się do ich napełniania dojrzałymi owocami, nie zapominając o swym żołądku, który ciągle domagał się swojej działki tych pysznych owoców.

   Po godzinie chaotycznego zrywania uporządkowałem swoją pracę. Posuwając się        po lekkim spadzie terenu, wzdłuż którego ciągnęły się rzędy malinowych krzaków, podciągając za sobą wózek z satysfakcją przeliczałem rosnącą ilość pełnych koszyczków.     Gdy tak delektując się piękną pogodą, pysznymi malinami i zwiększającym się                w szybkim tempie urobkiem, znalazłem się w samym środku plantacji, usłyszałem jakieś bieganie, głośne krzyki i gorączkowe rozmowy. Z nie milknących hałasów wywnioskowałem, że zanosiło się na jakąś awanturę, to też zostawiłem swoje przybory    i udałem się w tamtym kierunku.

   Po przejściu kilkudziesięciu kroków, cztery rzędy na prawo od mojego rzędu, zauważyłem Kamila otoczonego przez chłopaków. Wszyscy gorączkowo coś mówili            i wymachiwali rękami.

   Pomyślałem, że lepiej będzie najpierw dowiedzieć się z pewnej odległości o co tam chodzi, niż od razu dołączyć do całej awantury. Wycofałem się parę kroków nie zauważony przez nikogo i położyłem na ziemi, obserwując całe zajście.

   Chudziak patrzył na otaczających go współpracowników przerażony. Naraz jak małe dziecko zasłonił głowę rękami i szczególnie cichym głosem wypowiedział:

   - Nie bijcie mnie…

   - Dostaniesz taki wpierdol, że rodzona matka cię nie pozna - powiedział Leszek, po czym wrzasnął na brata - Przytrzymaj go!

   Zbyszek chwycił Kamila za lewą rękę i wykręcił mu ją do tyłu. Drugą rękę osłaniającą głowę, chwycił ,,Szwagier”, i wtedy Leszek walnął chudziaka pięścią między oczy.

   - Aaauu!! - zaskowyczał masując obolałe palce, krzywiąc się z bólu, zaskoczony,            że ludzka głowa może być taka twarda. 

   - Z lewej go - podpowiedział fachowo Jasiu ,,Bokser”

   Walnął go więc Leszek z lewej znowu między oczy, a po chwili bił już obiema rękami:    to po brzuchu, to w zęby, to po głowie z lewej i prawej strony.

   Leżałem zszokowany drżąc na całym ciele nie wiedząc co robić. Myśli przelatywały przez głowę jak stada iskier z zimnego ognia, gasnąc jedna po drugiej: biją go, przecież go nie zabiją, skończy się na podbitym oku… Zdawałem sobie sprawę, że sprawy zaszły już za daleko… Jak tam pójdę - jeden przeciwko czterem, wtedy to nie będzie bójka… Ktoś kogoś zabije. Przecież go tylko biją, uchwyciłem się tej myśli. Zaraz skończą i będzie      po wszystkim, pocieszałem się usprawiedliwiając swą bierność.

   Ale Zbyszek bije ciągle, jakby mu to sprawiało coraz większą uciechę. Zobaczyłem krew, sączyła się z rozbitego nosa i chyba naderwanego ucha…

   Nagle daje się słyszeć przejmujący, wstrętny, schrypły krzyk człowieka mordowanego. Chudziak jakimś cudem, czy też sposobem, wyrwał się trzymającym go oprawcom i swoje długie, delikatne palce wbił w gardło Leszka i zacisnął kurczowo jak szpony jakiegoś wielkiego drapieżnego ptaka. Teraz Leszek chciał się jakoś wyswobodzić, ale trzymany    w długich, wyprostowanych rękach Kamila nie mógł nic zrobić. Klepał tylko coraz słabiej po tych rękach. Oczy wyszły mu z orbit, wysunął język z zsiniałych ust i jak kurczak          z odrąbaną głową, miotał się i trzepał coraz słabiej w silnym chwycie chudziaka.

   Podskoczył wtedy Jasiu ,,Bokser” i klasycznym prawym podbródkowym walnął Kamila w szczękę, a ten padł głową w krzaki młodych malin nakrywszy się nogami.

   W tej samej chwili usłyszałem z tyłu, za sobą jakiś hałas. Poderwałem się z ziemi, chwytając za rękojeść myśliwskiego noża, który nosiłem zawsze przy sobie, wszytego      w nogawkę spodni w ten sposób, że na wysokości biodra wystawała tylko jego kościana rękojeść. Rzędem w którym leżałem, nadchodził Friedmann.

   - Ciii - syknąłem do nadchodzącego, kładąc palec na ustach, machając mu drugą ręką, aby zawrócił i poszedł z powrotem, ale ten z głupawą miną minął mnie bez słowa. Uszedł jeszcze z dziesięć kroków i zrównał się z grupą Polaków. Przez jakiś czas mierzyli się wzrokiem, a w panującej ciszy słychać było tylko spazmatyczne pochlipywanie chudziaka. Friedmann chciał coś powiedzieć, ale słowa uwięzły mu w gardle.

   Napotykając coraz bardziej agresywne spojrzenia, rzucane przez Polaków i drwiące docinki, wycofał się ostrożnie, mamrocząc pod nosem: - Polnische Banditen, a kiedy mnie mijał w jego oczach zobaczyłem strach.

   Padłem ponownie na ziemię, szukając zasłony za kępą chwastów, nadal niezauważony przez oprawców chudziaka, odprowadzających Friedmanna wzrokiem, oraz żartobliwymi docinkami.

   - A to skurwiel - zaczął Leszek, gdy Friedmann się oddalił. - Widzieliście co mi zrobił?    A ty się patrzyłeś jak brata biją! - mówił ze złością do Zbyszka.

   - Tak śmiesznie wyglądałeś, że mnie zamurowało - tłumaczył się Zbyszek ze śmiechem.

   - A to bydlę, takie bydlę. - mamrotał dalej Leszek. Podszedł do stojącego parę metrów dalej wózka Kamila i potężnym kopniakiem przewrócił go, rozsypując po ziemi koszyczki  z zerwanymi malinami. Nabrał w garść malin wraz z piachem i podszedł do chudziaka. Chwycił go lewą ręką za włosy i wyciągnął z zarośli.

   Proszę, przestań. Skończcie już. Proszę - błagałem w myślach, ściskając rękojeść noża, modląc się, nie wiedząc do kogo, ogarnięty falą coraz większego gorąca przez snopy już nie gasnących iskier wypełniające wściekłością całe moje ciało.

   Leszek pochylił się nad chudziakiem, podciągnął poobijaną jego twarz bliżej swojej        i wypowiedział twardo:

   - Ty mendo! Jak zobaczę cię jutro na polu, to znowu dostaniesz, ale tak, że dzisiejszy wpierdol będziesz wspominał jako coś przyjemnego. - Prawą ręką rozmazał na zakrwawionej twarzy Kamila mokrej od łez i smarków trzymane w niej maliny zmieszane z ziemią. Pchnął chudziaka z powrotem w krzaki, wyprostował się i dołączył do kolegów, którzy nieopodal żartobliwie komentowali napaść chudziaka.

   - No to zrobione - odezwał się ,,Szwagier”, gdy Leszek do nich podszedł. - Nic tu po nas. Teraz do roboty i miło do Friedmanna. Tak, żeby był z nas zadowolony i pozwolił na ściągnięcie w trybie pilnym Zbyszka szwagra.

   - A ty chudziak! Dobrze ci radzę! Jutro ma cię tu nie być! - rzucił jeszcze przez ramię do pobitego i cała czwórka znikła wśród wysokich krzewów malin.

   Chudziak leżał pochlipując. Ja odwróciłem się na plecy i oddychając głęboko uspakajałem się powoli, czując takie zmęczenie jakbym sam rozładował wagon węgla.

Koniec, koniec, powtarzałem sobie nie dopuszczając innych myśli do świadomości,            a szczególnie jednej natarczywie dobijającej się, nachalnie pocieszając, że ,,nic się nie stało“. Wiedziałem, że stało się coś bardzo przykrego i ohydnego, co popsuje mi dobre samopoczucie na wiele dni.

   Kątem oka widziałem jak chudziak podniósł się i podszedł do swojego wózka. Pozbierał cześć malin: te czyste, które upadły na trawę i ciągle pochlipując, wycierając twarz chusteczką, chwiejnym krokiem pociągnął wózek w górę pola w kierunku drogi. Ja też podniosłem się z ziemi. Poszedłem tam, gdzie przerwałem swoją pracę i zabrałem się ponownie za zrywanie.

   Na plantacji panował wyjątkowy spokój. Umilkły żarty, którymi uprzyjemnialiśmy sobie zazwyczaj nudne godziny roboty. Nawet ptaki stropione tą grobową ciszą, opuściły plantację. Pracowite wróble, które zazwyczaj towarzyszyły nam z ochotą, przeganiając rzesze pszczół i bąków, wyniosły się jakby kierując się zmową razem z owadami,              a z daleka z głębi olszyn przylepionych na obrzeżach plantacji, nie dochodziły odgłosy śpiewów skowronków ani słowików, czy odliczania minut i kwadransów dniówki przez kukułki.

   Gdy słońce było jeszcze wysoko na niebie, tę pustą ciszę przerwało nawoływanie Friedmanna do zakończenia zrywania. Wychodziliśmy bez słowa, jakby ukradkiem          na drogę, nie patrząc jeden na drugiego. Każdy wiedział co się stało tam w malinach, ale to był temat tabu, nie mieszczący się w głowach. W milczeniu zdawaliśmy koszyki pełne malin i po spisaniu, układaliśmy je na furgonetce, po czym bez słowa ładowaliśmy się    na przyczepkę. Kamila nie było wśród nas. Widocznie Friedman odwiózł go wcześniej.      W drodze powrotnej ,,Szwagier” i Leszek próbowali żartować, ale jakoś nikt nie dał się wciągnąć do prowadzonej przez nich rozmowy, a gdy Friedmann zatrzymał ciągnik na podwórzu, każdy jak najśpieszniej udał się do swej przyczepy.

 

   Po kolacji zapukałem do drzwi przyczepy chudziaków. Na ciche ,,Proszę” usłyszane        z wewnątrz, wszedłem do środka. Chudziaki siedzieli przy małym stoliku pochyleni nad parującymi kubkami chyba herbaty. Marek poderwał się i podsunął krzesełko, zapraszając do stołu.

   - Herbaty? Mam gorąca wodę, a może kawy? - spytał nieśmiało.

   - Dzięki. Jeśli macie mineralną, to poproszę szklaneczkę - powiedziałem grzecznie.          - Wpadłem, żeby dowiedzieć się, jak czuje się Kamil - mówiłem dalej, przyglądając się      z niepokojem jego twarzy.

   Nie wyglądała dobrze. Wargi opuchłe i nabrzmiałe. Nos jak kartofel. Oczy popodbijane fioletowymi sińcami, a na uchu opatrunek przesiąknięty krwią.

   - Nie wyglądasz najlepiej - powtórzyłem na głos pierwsze spostrzeżenie.

   - Był pan tam na polu? Widział pan co ze mną robili? - spytał patrząc przenikliwie          w moje oczy.

   - Tak - przyznałem i spuściłem wzrok na podłogę.

   On też umknął wzrokiem gdzieś w bok i zapadła niezręczna cisza.

   - Kamil, przyszedłem ci powiedzieć, że jestem z tobą i że to już się nie powtórzy. - Przerwałem ją, starając się aby mój głos zabrzmiał przyjaźnie.

   - Pan jest drugi w kolejce do wylotu z tej grupy - wtrącił się Marek z delikatnym uśmieszkiem.

   - Wizę mam do września, a jeśli wylecę wcześniej, to zabiorę ze sobą jednego albo dwóch z tych bandziorów. Tobie Kamil obiecuję, że wezmę cię pod swoją opiekę                  i dojedziesz szczęśliwie do końca sezonu.

   - To wszystko jest takie ohydne, takie nieludzkie - Kamil kręcił przecząco głową.

   - Zaraz rano na przyczepie powiem, że jesteś pod moją opieką i komu przyjdzie na myśl podnieść na ciebie rękę, niech wie, że najpierw musi wystartować do mnie. Na maszynie będę zrywał ogórki obok ciebie, a Marek pójdzie na moje miejsce. Zobaczysz, zarobimy jeszcze kupę szmalu… - mówiłem z optymizmem w głosie.

   - Dzięki za dobre słowa, ale to nie ma sensu - Marek przerwał moją wypowiedź. - Oni nie zrezygnują. Jest ich więcej, a jeśli będzie potrzeba, będzie ich jeszcze więcej. Poza tym Kamil rozliczył się już u Friedmannów i postanowiliśmy, że odwiozę go na parking przy autostradzie, wsadzę do tira i jutro już będzie w Polsce.

   Zaskoczony tymi słowami umilkłem i zakłopotany zacząłem popijać wodę mineralną. Potem zdecydowanym haustem wypiłem resztę zawartości szklanki. Wstałem, coś tam bąkłem, że trudno, jeśli mają takie plany i skierowałem się do wyjścia. Już wychodząc zatrzymałem się w drzwiach i dodałem jeszcze:

   - Jeślibyś Kamil zmienił zdanie, to wiedz, że rano będziesz pod moją opieką i nie spotka cię to co dzisiaj.

   Popatrzyli po sobie i z ich spojrzeń wyczytałem, że nic się nie zmieni. Najgorsze już się stało, a moja pomoc potrzebna była tam na polu.

   Cicho zamkiem drzwi za sobą i wróciłem do siebie. Zanosiło się znowu na gorącą noc. Wiedziałem, że ze spania nic nie będzie. Usiadłem na stopniach mojej przyczepy                i pogrążyłem się w myślach, które podświadomie gnieździły się w głowie                          od popołudniowych zajść na plantacji malin.

   Nie wiem jak długo tak siedziałem, rozpamiętując ostatnie wydarzenia, ale w przyczepach pogasły już światła, tylko u chudziaków panował jakiś ruch. Potem otworzyły się u nich drzwi i Marek wyniósł dwie torby podróżne, które wrzucił do bagażnika swojego samochodu. Podjechał pod schodki przyczepy, pomógł Kamilowi zająć miejsce                  w samochodzie na fotelu z przodu, po czym nowiutki Volkswagen 2 wyjechał z obozu        i wykręcił na wiejską drogę w kierunku autostrady.

   Siedząc nadal bez ruchu, zobaczyłem parę oczu wpatrujących się we mnie, a potem      w ciemności sylwetkę Barego.

   - Bary komm! - przywołałem psa, a gdy podszedł, objąłem go za szyję i wtuliłem twarz w ciepłe futro na jego karku. Od potężnego ciała bił spokój i przyjemne odprężenie.

   Wyszeptałem mu do ucha:

   - Ty Bary nie zrobiłbyś krzywdy pieskowi mniejszemu od siebie. Rozpędziłbyś też watahę wilków, gdyby trzeba było go bronić, nie dbając , że poszarpały by ci to wspaniałe futro.

   Było mi wstyd, że należę do tego gatunku, który dzięki podstępom, fałszerstwom            i przemocy opanował ten świat.

   - Czas jest najlepszym lekarzem, a twoja czysta natura i godność będzie dziś moim lekarstwem - mruknąłem zasępiony.

   Wstałem ze stopnia, na którym siedziałem. Otworzyłem drzwi przyczepy.

   - Wskakuj Bary! Hop! - zachęciłem psa.

   Wskoczyliśmy do przyczepy. Zapaliłem światło i przebrałem się w piżamę. Bary porozglądał się po wnętrzu, po czym położył się z ciężkim westchnieniem przy drzwiach przyczepy.

   Nie mogłem oderwać od niego oczu. Leżał z godnością z łbem zgrabnie ułożonym na przednich łapach, ukradkiem zerkając w moim kierunku swymi wielkimi, brązowymi oczami, przedziwnie rozmyślającymi chyba o nas ludziach, o naszych ludzkich sprawach, nie do zrozumienia w jego świecie.

   Zgasiłem światło i pogrążyłem się w mroku nocy.

 

                                                      *       *       *

 

01 lutego 2018

Stanisław Magot

98 - 400 Wieruszów

ul. Warszawska 113

Zapraszamy do serwisu

tel.  48 668 216 761

tel. 48 62 78  41261

stmagot@gmail.com