Tirówka

 

    Mruczenie pięciuset koni 16-to litrowego silnika V8 dochodzące z pod kabiny, działało jak balsam na skołatane nerwy. Bogdan odetchnął pełną piersią, przeciągnął się, po czym

na powrót skupił się na prowadzeniu ciężarówki. Czarno wiśniowa Scania R 560, która nieznacznie opuściła tor jazdy, płynnie powróciła na swoje miejsce przy prawej krawędzi jezdni, prując powietrze.  

 

    Przejście graniczne w Dorohusku Bogdan minął 20 minut temu, marnując dwanaście godzin. Kierowcy z kolejki winili za bałagan ukraińskich celników, którzy podobno celowo odprawiali bardzo wolno, ale na granicy okazało się, że po stronie polskiej załatwiano go dwa razy dłużej, niż na ukraińskiej. Jedyną pociechą było to, że nadrobił zaległości w spaniu z ostatnich nieprzespanych nocy. Poza tym, gdy już dostał się na terminal, zjadł porządny obiad, umył się, ogolił i wyglądał teraz jak człowiek.                  


   Bogdan jeszcze raz odetchnął głęboko. Pokręcił głową z niedowierzaniem, wspominając ostatnie dwa tygodnie.

   Wyjechał pierwszego kwietnia, załadowany sprzętem elektronicznym wartym 200 tysięcy euro do Tbilisi. Szczęście mu sprzyjało. Po pięciu dniach był na miejscu i pozbył się niebezpiecznego ładunku. Niedaleko stolicy Gruzji w Gori, załadował polskie jabłka, po czym skierował się z nimi do Woroneża. Kłopoty zaczęły się, gdy minął granicę gruzińsko-rosyjską. Zaraz za granicą zatrzymała go rosyjska milicja. Z dokumentami było jako tako, ale tachograf był  bez karty. Najpierw jakby sam nie wiedział o co chodzi, podał im paszport w którym było siedem banknotów jednodolarowych. Nic nie pomogło, nawet "uszkodzona" karta, która się odnalazła. Gdy usłyszał, że mówią coś o parkingu, przeszedł na poprawny rosyjski, wyciągając banknot 50 euro. Wtedy poklepali go po plecach, zabrali mu euro i dolary po czym kazali jechać dalej, życząc szerokiej drogi.            

   Ale to nie był koniec jego kłopotów. W nocy zjechał na parking przy małym  przydrożnym zajeździe z myślą o posiłku i spaniu. Gdy wysiadł z kabiny, podeszło do niego trzech facetów z propozycją sprzedaży paliwa. Jak odmówił, sytuacja zrobiła się niebezpieczna. Największy wyciągnął pałkę, a najmniejszy z nich coś co wyglądało jak pistolet i przy pomocy tych argumentów oraz coraz bardziej obniżanej ceny za swoje paliwo, dążyli do sfinalizowania transakcji. Całe szczęście, że pozwolili mu zatelefonować. Gdy usłyszał w telefonie głos swojego przyjaciela Andrieja, odetchnął z ulgą. Z grubsza opowiedział mu w czym rzecz, potem podał ,,komórkę" największemu. Rosjanie oddalili się na parę kroków, wdając się w gorączkową rozmowę   z jego przyjacielem. Po kilku minutach powrócili. Ten największy oddał mu telefon, wyciągnął rękę, a gdy Bogdan podał mu swoją, mocno ją uścisnął i świdrując go wzrokiem, odezwał się pojednawczym tonem.
   - My jego nie znamy, ale on zna naszych wszystkich carów. Od pierwszego, Iwana Groźnego   do ostatniego Władimira Putina. To on Ruski. Mówi, że ty jesteś jego “drug”. Jak ty jego “drug”, to ty też nasz “drug”. Stiepan dawaj, polej Polakowi.
   Wtedy Rosjanin średniego wzrostu, wyciągnął z reklamówki sporą flaszkę, trzy szklanki.   Nalał w nie wódkę, po czym jedną podał Bogdanowi. Na nic zdały się protesty, musiał wypić. Oni wypili pozostałą część butelki, wyściskali go, poklepali po plecach i odjechali z piskiem opon, zdezelowanym pikapem, który miał w ogóle sprawne tylko jedno światło z przodu. Gdy w końcu został sam, wrócił do kabiny i zadzwonił do Andrieja, aby mu podziękować za czwartą już interwencję, ratującą mu skórę podczas jazdy po Rosji. 

 

   Bogdan skontrolował wzrokiem przyrządy i wskaźniki na desce rozdzielczej, wsłuchał się dobrą chwilę w pracę silnika, potem w szum pędzącego zestawu. Gdy stwierdził, że wszystko jest w porządku, poprawił się w fotelu i sięgnął myślami do dnia w którym poznał Andrieja:
   Parę lat temu, podczas kursu po Niemczech, gdy załadowany, miał odpalić silnik aby ruszyć do kraju, na placu magazynu zauważył starego kamaza pokrytego błotem. Wysiadł z kabiny, zbliżył się do ciężarówki i z niedowierzaniem patrzył na dodatkowe zbiorniki paliwa nieprofesjonalnie przyczepione do ciągnika. Za samochodu wyszedł kierowca, którego wygląd wprowadził go w jeszcze większe zdziwienie niż wygląd samochodu. Mężczyzna był w jego wieku, wysoki, dobrze zbudowany. Ubrany w jakieś wojskowe ciuchy, przypominał rosyjskiego żołnierza  ze współczesnych filmów. Widząc zdziwioną minę Bogdana, dotknął swojego ubrania   i wyjaśnił, że to jego mundur z czasu wojny w Czeczeni w której brał udział. Sprawiał wrażenie sympatycznego, to też Bogdan wdał się z nim w rozmowę. Rosjanin mówił, że jest to jego pierwszy kurs do Niemiec, a poza tym, pierwszy kurs poza granice Rosji. Przyjechał tutaj kilka godzin temu, ale nie zna ani jednego słowa po niemiecku. Opowiadał, że w biurze Niemiec nakrzyczał na niego i wyrzucił go za drzwi. Bogdan przejrzał jego papiery, po czym poszli oboje do biura. Załatwił wszystkie formalności, potem pomógł mu się załadować. Na koniec zaprosił go do siebie, do kabiny gdzie poczęstował kawą. Andriej, bo tak się Rosjanin przedstawił,             z podziwem rozglądał się po kabinie a widok nawigacji oraz laptopa na którego monitorze była wyświetlana mapa, wprawił go w zachwyt, którego nie potrafił ukryć. Gdy się rozstawali,

powiedział, że Bogdan jest jego “drug” i do końca życia nie zapomni o tym co dla niego zrobił.
   Życie jest długie, mruknął do siebie, kiwając głową i trąbiąc na jakiegoś malucha wlokącego mu się przed maską - Już czwarty raz uratował mnie z opresji, może kiedyś i mnie uda się mu pomóc - pomyślał, po czym wrócił myślami na parking przy niewielkim zajeździe w wielkiej, obcej Rosji prawie dwa tysiące kilometrów od domu.          

   ... po odjeździe Rosjan, leżał wtedy z godzinę na łóżku, ale sen nie przychodził, na jedzenie też odeszła mu ochota. W końcu uruchomił silnik i ruszył w dalszą trasę. Do Woroneża dojechał bez żadnych nowych przygód. Rozładował jabłka, potem wrócił się sto kilometrów do Pawłowska gdzie załadował kolejowe sprężyny dociskowe i mając na ogonie czterdzieści ton ładunku szczęśliwie dojechał na przejście.

 

   Bogdan spojrzał na licznik. Przejechanych siedem tysięcy kilometrów tego kursu nie wprawiło go w zachwyt, natomiast myśl, że przed nim jeszcze trzysta kilometrów jazdy, wpędziła go w stan frustracji. Włączył laptopa i przejrzał mapę. Drogę do domu znał na pamięć, sprawdził tylko,   czy nie ma jakich nowych objazdów, po czym przełączył na tapetę.

   Trzy postacie, które pojawiły się na monitorze od razu wprawiły go w lepszy nastrój. Poprawił się w fotelu, opierając plecy wygodnie o oparcie, po czym obserwując przed sobą i pod sobą umykającą drogę pogrążył się w myślach o swojej rodzinie. Gdy spojrzał na uśmiechniętą buzię w koronie jasnych włosów, zrobiło mu się ciepło na sercu. Ania, obecnie pierwszoklasistka, była całym jego światem. Wykarmił ją i wychował jak była malutka, bo żona po porodzie ciężko chorowała i nie mogła się nią zajmować. Po pewnym czasie zadumy zerknął na drugą dziewczynkę. Katarzyna była o cztery lata starsza. Po chwili spojrzał ponownie na zdjęcie córki, jakby chciał sprawdzić, czy czasami jej minka nie zmieniła się i czy nie stała się mu bardziej przychylna. Ale nie, ze spojrzeniem utkwionym gdzieś w dal nadal wyrażała jakby pretensję         i zbuntowanie.

   Bogdan wzruszył ramionami i odezwał się na głos sam do siebie.

   - Dziecko, zrozum proszę. Ja muszę pracować, żebyś ty mogła chodzić w ładnej sukience             i bucikach. - Po czym popadł w jeszcze większą zadumę niż za pierwszym razem, rozmyślając       o tym, że tak mało czasu poświęca Kasi.

   Po pewnym czasie otrząsnął się z tych myśli i znów spojrzał na monitor. Jego wzrok przez dłuższą chwilę spoczywał na trzeciej osobie. Gdy go od niej oderwał i skierował na coraz prędzej umykającą drogę a następnie zerknął na strzałkę szybkościomierza, która już dawno minęła cyfrę 100, uśmiechnął się do siebie, cofając nogę, która bez jego wiedzy przyciskała pedał gazu. Przypomniał sobie dzień swojego ślubu i miesiąc miodowy. W myślach wspominał wszystkie szczęśliwe chwile spędzone z żoną.  Pobrali się jak był już kierowcą międzynarodowym. Zastanawiał się, a nawet próbował obliczyć, ile z dwunastu lat małżeństwa spędzili naprawdę razem. Nie licząc roku, gdy Monika po porodzie chorowała, a on był na zwolnieniu i opiekował się Anią, było tego nie wiele. Nie była to połowa. Nie była to nawet ćwiartka. Wyszło mu, że to był tylko ułamek i to niewielki, a pozostały czas spędził w trasie, poza domem.

   Na ziemię sprowadził go sygnał komórki oraz głos szefa. Gdy uzgodnili, że samochód razem     z ładunkiem i papierami ma zostawić na bazie , obliczył ile to wszystko zajmie czasu razem z dojazdem, po czym zadzwonił do domu. Rozmowa z Moniką i dziewczynkami poprawiła       mu nastrój do tego stopnia, że zapomniał o wszystkich niedogodnościach swej pracy, a po zmęczeniu dwutygodniową harówką nie pozostało żadnego śladu. W domu powinien być około północy. Z jednej strony żałował, że dziewczynki będą już spały, ale gdy pomyślał o chwilach, które spędzi tej nocy z Moniką z trudem udawało mu się utrzymać pięćset koni swojej skani     na granicy jazdy zgodnej z przepisami w kierunku upragnionego celu.

 

   Bogdan zaparkował swojego starego opla na ulicy przed swoim domem. Wyjął z bagażnika dużą torbę podróżną w której miał swoje osobiste rzeczy, zarzucił ją sobie na plecy, po czym szukając po kieszeniach klucza, podszedł do drzwi  frontowych. Gdy go wreszcie znalazł, postawił torbę na ziemi, wyciągając rękę do zamka. Zanim go dotknął, drzwi otworzyły się i stanęła w nich Monika. Była w samej nocnej koszuli. Stała na boso z rozpuszczonymi blond włosami i jedną ręką starała się zebrać do kupy niesforny materiał na swojej piersi i pozapinać górne guziki.

   - Cześć - powiedział przez zaciśnięte gardło, starając się aby jego głos zabrzmiał naturalnie.

   - Witaj - odpowiedziała i przytuliła się do niego.

   Przywarli do siebie, stając się jednym ciałem, obdarzając się gorączkowymi pocałunkami   przez dłuższą chwilę. Gdy ich ciała na powrót przyzwyczaiły się do siebie, Monika delikatnie wyswobodziła się z jego objęć, ujęła go za rękę i pociągnęła w kierunku sypialni.

 

   W pokoju panowała absolutna cisza. Bogdan otworzył oczy, spojrzał na budzik, po czym na powrót je zamknął, zapadając ponownie w lekki sen. Z tej przyjemnej drzemki wyrwał go stukot papci po schodach, a zaraz potem szelest otwieranych drzwi.

   - Wstawaj skarbie - powitała go Monika, wchodząc do sypialni, kładąc się obok na łóżku.

   - Witaj kochanie - przytulił ją mocno, całując w usta.

   Wydobyła się z jego objęć.

   - Będziesz jadł śniadanie czy obiad? - spytała.

   - Jeśli mam wybierać to zaraz ci pokarzę na co mam ochotę - przygarnął ją znowu i zaczął całować po całym ciele.

   Z dołu dał się słyszeć głos trzaskających drzwi, a po chwili rumor na schodach jakby na górę wbiegało kilka koni. Do pokoju wpadły jednocześnie cisnąc się w drzwiach Ania i Kasia. Rzuciły się na łóżko , na którym leżeli rodzice już  w przyzwoitych pozach, gdzie jedna przed drugą starały się jak najgorliwiej okazywać swe uczucia ojcu.

   Pierwsza z łóżka wstała Monika. Poprawiła włosy i sukienkę po czym z miną nie wróżącą nic dobrego, krzyknęła udając złość.

   - Co to jest moje panie! Powinnyście być w szkole do drugiej, a jest dwunasta! Co się stało?!

   Kasia podniosła w jej stronę głowę i zaczęła tłumaczyć.

   - Ania jest chora. Na przerwie powiedziała mi, że boli ją brzuch. Chciała żebym na lekcji przyszła do jej klasy i spytała, czy jej przeszło, ale jak tam poszłam, to nadal się trzymała za brzuch i płakała, a pani kazała mi ją zabrać i odprowadzić do domu.

   Monika spojrzała na Bogdana i oboje parsknęli śmiechem. Po chwili przybrała poprzednią minę.

   - Żeby to było ostatni raz! Przecież tata pobędzie z nami - powiedziała z nadzieją w głosie. Przyglądała się całej trójce jeszcze parę minut, potem oznajmiła, że obiad będzie za pół godziny i zeszła na dół.

 

   Po obiedzie dziewczynki zajęły swoje miejsca po obu stronach dużego stołu, gdzie zawsze odrabiały zadania domowe, a Bogdan siedząc pośrodku przeglądał gazetę zerkając to na jedną, to na drugą.

   - Tatusiu - Ania uniosła głowę z nad kartki na której coś rysowała kredkami i powiedziała cicho - nie umiem narysować koloru twojej ciężarówki.

   Bogdan odłożył gazetę i wychylił się w jej stronę.

   - Tutaj czarny kolor a tutaj już wiśniowy. Ładna, a co rysujesz?

   - Wiosnę, mam narysować wiosnę.

   - Wiosnę? - zdziwił się. Ciężarówka i czarna droga?

   - Jak przychodzi wiosna, to ty najwięcej pracujesz i nie ma ciebie w domu.

   Przysiadł się do niej, po czym razem narysowali wielkie słońce, zielone drzewa oraz trawę wokół drogi, wśród niej wiele kolorowych kwiatów. Kasia przyglądała im się z pod oka, a gdy zapytał ją czy ma jej w czymś pomóc, zaprzeczyła głową i odburknęła, że już kończy.

   Gdy skończyły odrabiać lekcje, Ania sięgnęła po “hińczyka” leżącego na półce, rozłożyła planszę i zaczęła ustawiać na niej pionki.

   - Zagrasz z nami Kasiu? - Bogdan przysunął do siebie wolne krzesło po drugiej swojej stronie.

   W odpowiedzi skrzywiła buzię. - Wolałabym w szachy. Zagrasz?

   - Tak, chętnie - powiedział, robiąc miejsce na stole.

   Grał jednocześnie z obiema, ale gdy wdał się w kłótnię z Anią, która przesuwała swoje pionki, odliczając co drugie pole, nie przyłożył się do debiutu grając z Kasią. Stracił inicjatywę, potem figurę i przegrał wkrótce na obydwu frontach. Dziewczynki śmiały się pocieszając go, że następnym razem dają mu wygrać.

   Zabawę przerwał ostry dźwięk telefonu.

   Wymienili się spojrzeniami, pozostając nadal na swoich miejscach. Gdy dzwonienie nie ustawało, Kasia siedząca najbliżej aparatu wstała i podniosła słuchawkę.

   - Dzień dobry, czy zastałem Bogdana? - odezwał się w słuchawce uprzejmy głos.

   Wyciągnęła bez słowa do ojca rękę ze słuchawką a gdy Bogdan podszedł, wziął słuchawkę z jej ręki i przyłożył ją sobie do ucha, przysiadła się do Ani na jej krzesełko. Objęła siostrę za szyję,   po czym przytulone do siebie patrzyły na ojca. Z kuchni przyszła też Monika. Siadła obok nich     na krześle, które zwolnił Bogdan przysłuchując się rozmowie.

   - Dobrze że cię złapałem. Mam nóż na gardle. Musisz jutro jechać do Niemiec…

   - Przecież wiesz ile przysługuję mi wolnego po takim kursie - Bogdan wszedł rozmówcy w słowo.

   - Wiem, wiem, wszystko wiem - głos szefa stał się ostry. - Posłuchaj. Nowy kontrakt. Meble do Niemiec. Nie mam kogo posłać, a tam trzeba błysnąć. Jak się spiszesz, będziemy mieli masę roboty. Zgoda, Boguś?

   Bogdan spojrzał na trzy postacie wpatrujące się w niego. Wiedział, że ma przed sobą dwa wyjścia. Albo odmówi, wtedy długo w firmie nie popracuje, albo się zgodzi. Odwrócił się                 i przycisnął czoło do ściany.

   - Dobra. Ile dni?

   Głębokie westchnienie ulgi z drugiej strony.

   - Jak się postarasz, za cztery dni będziesz z powrotem w domu.

   - A tacho?

   - Masz nową kartę, protokół naprawy i legalizacji. Samochód masz rozładowany, tylko wsiadać i jechać.

   - Czyli o której wyjazd?

   - W fabryce mebli musisz być przed ósmą, bo jak podjedziesz później, to możesz czekać cały dzień żeby cię załadowali. Adresy i papiery czekają już u dyspozytora. Moim zdaniem powinieneś wyjechać o szóstej.

   - Dobrze, to wszystko?

   - Tak, Boguś. Zycie mi ratujesz. Do zobaczenia - powiedział szef i się rozłączył.

   Bogdan też odłożył słuchawkę. Odwrócił się do nich.

   - Po piątej - powiedział, patrząc na Monikę.

   - Mhu, zrobię kolację i idę spać - mruknęła w odpowiedzi. Wstała z krzesła, po czym udała się do kuchni.

   Po kolacji Bogdan włączył telewizor. Gdy usiadł w fotelu, Ania wdrapała mu się na kolana i ułożyła na jego piersi. Kasia siadła na podłodze, opierając się plecami o jego nogi, Siedząc tak bez słowa, oglądali jakieś bzdury do późna w nocy.

 

   Czarno wiśniowa  Skania R 560 wolno przeturlała się po wyboistym placu. Minęła bramę swojej firmy, dalej kilka ulic miasta i wydostała się na szeroką dwupasmową jezdnię. Bogdan nacisnął mocniej pedał gazu. Ziewnął dwa razy, odpędzając resztki snu i skupił się, na umykającej przed nim drodze. Po niecałych dwóch godzinach jazdy zatrzymał się przed bramą fabryki mebli. Pozałatwiał biurowe formalności, po czym podjechał się ładować. Wszystko przebiegło sprawnie tak, że po niecałej godzinie był gotów do dalszej jazdy.                 Na przyfabrycznym parkingu zjadł jeszcze przygotowane w domu śniadanie i w bojowym nastroju ruszył w dalszą drogę.

   Choć było już po dziesiątej, panował rześki chłód ale poranek był piękny. Gdzie sięgnął wzrokiem, czy na lewo czy na prawo, rozpościerały się pałacie zielonych łąk  z oczkami stawów nad którymi unosiła się mgła, rozwiewana przez lekki wietrzyk, a także coraz mocniej świecące słońce. Z żalem opuścił te piękne tereny, wjeżdżając w las. Droga prowadziła teraz prosto jak strzelił przez tereny leśne. Po paru kilometrach jazdy, mając po obu stronach drogi, stare dostojne drzewa, oraz przyjemny cień, okolica wydała mu się nie mniej piękna niż poprzednia, a jego dobry nastrój poprawił jeszcze widok paru dziewczyn stojących na poboczu. 

“Tirówki” stały pojedynczo albo po dwie, przeważnie mając za sobą przecinkę lub leśną dróżkę prowadzącą w głąb lasu. Stały co kilkadziesiąt metrów, wykorzystując też zatoczki, oraz zjazd na parking.

   Bogdan nigdy nie korzystał z ich usług, ale lubił przejeżdżając, pomachać im ręką, zamrugać światłami, czy pozdrowić krótkim “trąbnięciem”. Tym razem też zwolnił  i mijał je z pobłażliwym uśmiechem. Gdy zbliżał się do kolejnej dziewczyny, już z daleka zauważył w wyglądzie stojącej przy drodze coś niezwykłego, ale gdy podjechał bliżej, mało co nie zatrzymałby się przy niej         z piskiem opon. Gwizdnął przeciągle i wyszeptał z wybałuszonymi oczyma - ale sztuka.

   Las się skończył, później minął jakieś miasteczko, potem znowu jakiś las, cały czas rozmyślając o dziewczynie, która stała przy drodze. Miała chyba metr sześćdziesiąt, a może sześćdziesiąt pięć, myślał, próbując ją sobie przypomnieć. Czarne włosy, tak. - Cała była jakaś czarna - mruczał - i te nogi, Jezu. Czerwona spódniczka mini, czerwone kozaki i ta kurteczka z futrzanym kołnierzykiem, - Jezu, kurde, ale sztuka - mamrotał pod nosem, nie mogac się nadziwić.

   Na rozjeździe o mało nie pojechałby prosto, zamiast skręcić na granicę, chociaż drogę znał bardzo dobrze.

   Po minięciu granicy, przestał myśleć o dziewczynie. Zjechał na parking, włączył laptopa,         po czym przeglądając mapę, zastanawiał się nad czekającą go drogą. Do Wuppertalu, gdzie miał zawieść meble było ponad sześćset kilometrów. Najlepiej będzie, kalkulował, zrobić tutaj przerwę, przespać się i wyjechać w nocy. Wtedy na miejscu będę przed południem.                     Na rozładunek nie potrzebuję więcej niż godzinę, więc spokojnie zdążę do Dusseldorfu przed czwartą. Tam załaduję granulat, potem na parking, a po przerwie do domu. Gdy podjął decyzję, wyłączył laptopa i wysiadł z kabiny. Wyjął naczynia, kuchenkę gazową, podgrzał zawartość jakiejś konserwy, ale jedzenie mu nie smakowało. Zjadł tylko trochę, resztę wyrzucił. Umył naczynia, posprzątał po sobie, po czym wskoczył do kabiny.

   Gdy był już w łóżku, pomyślał o domu, Monice i dzieciach. Pojawiła się też na chwilę w jego myślach dziewczyna w czerwonych kozakach, ale zmorzył go sen i szybko zasnął.

   Obudził się, zaczynając nowy dzień po północy. Sprawdził samochód oraz ładunek, potem się umył, napił kawy z termosu, uruchomił silnik i wyjechał z parkingu. Mając przed sobą trzy pasmową autostradę, poczuł się jak w niebie, wspominając rosyjskie drogi z którymi miał           do czynienia w ciągu ostatnich miesięcy. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Rozładował meble, załadował plastikowy granulat i opuścił zagłębie. Gdy ponownie minął Wuppertal, zjechał na parking, robiąc sobie przerwę. Tym razem był głodny jak wilk i zjadł wszystko,           co sobie upichcił. Po paru godzinach odpoczynku, znowu kilka godzin jazdy przez Niemcy, później jeszcze jeden postój przed granicą i następnego dnia zgodnie z planem oraz obietnicą szefa, był już w kraju. Wracając, jechał  tą samą drogą. Gdy wjechał w las przed fabryką mebli, przypomniał sobie o “tirówkach”. To chyba było gdzieś tutaj, pomyślał zmniejszając prędkość. Była ładna pogoda, więc zobaczył je z odległości kilometra. Gdy je mijał, szukał wzrokiem dziewczyny w czerwonych kozakach nie odpowiadając tym razem na uśmiechy oraz gesty nakłaniające do zatrzymania. Był podirytowany i coraz bardziej zawiedziony, bo wydawało mu się, że jej nie ma, kiedy wydawało mu się, że minął już wszystkie, nagle ją zobaczył po drugiej stronie rowu biegnącego wzdłuż drogi. Siedziała na swojej kurteczce z futrzanym kołnierzykiem, a jak się zbliżył,  podniosła się, machając mu ręką. Bogdan zwolnił jeszcze bardziej. Ogarnął spojrzeniem całą jej postać i z pożądaniem odprowadzał wzrokiem jeszcze wtedy, kiedy ciężarówka już ją minęła. Pomachała do mnie tak jakby mnie znała, czyżby zapamiętała moją głupawą minę, gdy zobaczyłem ją pierwszy raz, zastanawiał się.  

   - Nie, prawdopodobnie zapamiętała moją ciężarówkę, bo nie ma takiej drugiej na świecie - stwierdził na głos sam do siebie. Włączył laptop, a gdy na monitorze ukazały się trzy ukochane postacie, usiadł głębiej w fotelu, po czym zadowolony jechał dalej w kierunku domu.                 We Wrocławiu rozładował granulat i jeszcze tego samego dnia był z nimi.

 

   Po czterech dniach przerwy czarno wiśniowa Skania R 560 znów pruła powietrze na trasie     do Niemiec. Bogdan jechał tą samą trasą z meblami tej samej fabryki. Wiosna była ładna w tym roku i miał przed sobą kolejny piękny dzień. Gdy wjechał w las za fabryką mebli, zobaczył na poboczu “tirówki”, które pozrzucały z siebie cieplejsze odzienie, wygrzewały się w słońcu, paląc papierosy, od niechcenia machając niektórym kierowcom. Zwolnił, zamrugał do nich światłami, po czym zaczął rozglądać się za “swoją dziewczyną”. Gdy jej nie zauważył, różne myśli zaczęły chodzić mu po głowie. A to że jest chora, że ma wolne, a może robi zakupy. Długo nie dopuszczał do głowy najprawdopodobniej przyczyny, iż jest w pracy, czyli łajdaczy się z innym kierowcą. W końcu się z tym pogodził. Przycisnął pedał gazu i zły na cały świat gnał do Wuppertalu. Trasę pokonał podobnie jak poprzednio, po czym czwartego dnia wracał do kraju.

   Wjeżdżając w las przed fabryką mebli, zwolnił, a w momencie, kiedy zobaczył “tirówki”, zwolnił jeszcze bardziej i opuścił szybę po swojej stronie. W końcu ją zobaczył. Stała na poboczu po lewej stronie drogi, patrząc na nadjeżdżające z jej strony samochody. Wyglądała ślicznie ubrana w czarną, błyszczącą spódniczkę mini, wysokie czerwone szpilki na nogach, oraz kurteczkę z futrzanym kołnierzykiem zarzuconą na ramionach. Usłyszawszy warkot jego samochodu, odwróciła się do niego unosząc rękę, ale zastygła w tym geście, widząc jak Bogdan wyciągnął przez otwarte okno rękę z wycelowanym w nią wskazujący palcem, domyślając się wypowiedzianych przez niego słów: Będziesz moja.

   Gdy ją minął, dodał gazu i popędził dalej. Rozładował granulat we Wrocławiu. Dojechał do firmy, gdzie pozałatwiał wszystkie formalności związane z kursem. Wsiadł do swojego opla, ale nie pojechał tam, gdzie zawsze zmierzał po pracy z przyspieszonym pulsem. Skręcił do miasta. W delikatesach kupił niewielką piersiówkę dobrej wódki i prezerwatywy. Zakupy schował na samym spodzie swojej dużej torby, po czym czując się jak najgorszy oszust, pojechał do domu.

 

   Po dwóch dniach odpoczynku spędzonych z rodziną, spakował Bogdan swoją torbę podróżną   i wczesnym rankiem, najciszej jak mógł, zamknął za sobą drzwi frontowe, po czym skierował się do swojego samochodu zaparkowanego przed domem.

   Ranek był naprawdę zimny. Po niebie pędziły kłębiaste chmury, choć nie czuło się wiatru.

   Meble ładował już podczas majowego niewielkiego deszczu, ale gdy załadowany mijał bramę fabryki, rozpadało się na dobre. Zerkając w bok, widział ochlapywane strugami deszczu powierzchnie stawów, oraz szarpane wiatrem pałacie trzciny i wysokiej trawy. Kiedy dojechał do lasu, deszcz przemienił się w nawałnicę. Wycieraczki z ledwością nadążały zbierać strugi wody lejące się z nieba, a podmuchy wiatru targały ciężarówką na wszystkie strony. Kierowanie autem zajmowało go do tego stopnia, że minął miejsce w którym stały “tirówki”, nawet o nich nie myśląc. Jechał w strugach deszczu, walcząc z porywami silnego wiatru, aż do parkingu         na którym zawsze robił przerwę jadąc tą trasą. Gdy po paru godzinach odpoczynku, ruszał nocą   w dalszą drogę, pogoda niewiele się zmieniła. Nadal wiało i padało, a temperatura nie miała nic wspólnego z miesiącem majem. Pomimo tych fatalnych warunków, zrobił wszystko co do niego należało i czwartego dnia  od wyjazdu, przy włączonym ogrzewaniu w kabinie, minął granicę jadąc z powrotem do domu. Moja “tirówka” zapewnie też grzeje się na kwaterze, pomyślał, mijając miejsce na pustym poboczu, gdzie widział ją ostatnim razem.

   Gdy już rozładowany wyjechał z Wrocławia, zabrzęczała “komórka”. Dzwonił szef, powiadamiając go, aby wpadł do biura, jak skończy pracę, bo ma do niego ważną sprawę. Po przyjeździe, rozliczył dokumenty, rachunki i paragony u dyspozytora, ogarnął się trochę,     po czym poszedł do biura. Kiedy wszedł, szef przeglądał jakieś czasopismo samochodowe siedząc w fotelu.

   - Cześć, jak zawsze niezawodny - powitał go, wstając i wychodząc do niego za biurka.

   Uścisnęli sobie dłonie, po czym szef wrócił na swoje miejsce, wskazując mu fotel po drugiej stronie.

   - Posłuchaj Boguś, znowu mam do ciebie bardzo ważne zadanie.

   Bogdan zbliżył się do biurka, ale nie usiadł.

   - Nowa trasa, Krym. Co ty na to?

   - Nie mogę.

   - Przestań, nie chciałbym być niegrzeczny. Nie możesz? Nawet nie spytasz co i jak…? - zawiedziony zawiesił głos.

   - Nie zrozumiesz tego. Na trasie, którą teraz robię, zacząłem pewną sprawę. Najpierw muszę   ją zakończyć.

   - Sprawę…, zacząłeś sprawę? Jaką ty możesz mieć sprawę? Moja sprawa jest tysiąc razy ważniejsza. To jest wielki interes, to jest wielki biznes!

   - Wiesz co - Bogdan mówił ważąc słowa - od tych twoich wielkich spraw zaczyna mi się robić niedobrze.

   Szef patrzył na niego ze zdumieniem.

   - Nie doprowadzaj mnie do ostateczności, tu nie ma miejsca na żarty. Pojedziesz, albo…

   - Albo co? - Bogdan wyjął z kieszeni kluczyki i rzucił na biurko. W portfelu pełnym dokumentów wyszukał dowód rejestracyjny swojej ciężarówki i też go tam rzucił.

   Szef oszołomiony, patrzył na niego wzrokiem, który kogoś innego zamieniłby w kupkę popiołu. Panując z trudem nad swoim głosem zapytał.

   - Masz zamiar otworzyć własną firmę czy co?

   - Mówiłem, że tego nie zrozumiesz - Bogdan spojrzał mu prosto w oczy.

   Patrzyli na siebie jak dwa francuskie koguty wprawione w walkach na śmierć i życie. Po dłuższej chwili wzrok szefa złagodniał. Widząc w oczach Bogdana cały czas ten sam upór,     co do podjętej przez niego decyzji, zaczął łagodniejszym tonem.

   - Bogdan, żartujesz? - a nie otrzymawszy odpowiedzi, ciągnął - Powiedz, ile lat się znamy? Zliczyłbyś butelki, które razem wypiliśmy? Pamiętasz jak zaczynaliśmy? Ja zaczynałem - poprawił się. - Chcesz to wszystko zostawić, zmarnować?

   - Wszystko jest ok. mówię ci tylko, że teraz nie mogę zmienić trasy - Bogdan był niewzruszony.

   - Dobrze, niech będzie po twojemu. - Szef podniósł się z fotela, obszedł biurko, podniósł z niego kluczyki. Wkładając je Bogdanowi do ręki, drugą dłonią zamknął na nich jego palce, potem dowód rejestracyjny wsadził mu do wewnętrznej kieszeni kurtki. - Dobra, idź i rób swoje. Do mnie nie zbliżaj się przez miesiąc, bo jeszcze mogę zmienić zdanie. Wszystko załatwiaj z dyspozytorem - powiedział. Wrócił za biurko  i zrezygnowany osunął się na fotel.

   Bogdan odwrócił się i zmierzał do wyjścia. Gdy był już przy drzwiach, usłyszał.

   - Ładna ta dziewczyna?

   - Tak, szefie - odpowiedział. Podniósł rękę z założonymi na palcu kluczykami i pomachał nimi, po czym, nie odwracając się wyszedł z biura.

 

   Dwa dni później, pięknego majowego poranka, wyjechał Bogdan z bazy i skierował się na zachód w stronę Niemiec.

   Równomierne mruczenie silnika, szum sunącego zestawu po równej nawierzchni,   a także niewielki ruch na drodze ekspresowej S8 oddaliły od niego nieprzyjemne myśli, które zaprzątały mu głowę przez ostatnie dwa dni. Zapomniał na dobre o sprzeczce z szefem i niesnaskach, które pojawiły się ostatnio między nim a Moniką. Myślał teraz o tym, co się może dzisiaj wydarzyć, czując każdy obrót kół, przybliżający go do spotkania z “jego tirówką”

   Gdy załadował meble i wyjechał z fabryki, nie rozpędzał już samochodu. Minął stawy, wjechał do lasu i jadąc cały czas z niewielką prędkością, zbliżał się do miejsca w którym stały “tirówki”. Z daleka zobaczył tam tira stojącego po prawej stronie drogi i tknęło go złe przeczucie. Nie mylił się. Mijał kolejne dziewczyny, potem ciężarówkę, zwalniając i usiłując zajrzeć do jej kabiny, na ile to było możliwe z fotela gdzie siedział, ale jej nie zobaczył. Klnąc na kolegę po fachu, zwiększył prędkość, po czym z myślą: co się odwlecze, to nie uciecze, prześladującą go przez resztę dnia, robił swoje jak poprzednimi razy. Gdy wracał po czterech dniach, miał więcej szczęścia. Zauważył jej zgrabną sylwetkę na lewym poboczu drogi już z daleka. Podjechał             z fasonem, ostro hamując, zjeżdżając na pobocze. Opuścił szybę i kiwnął do niej ręką. Obiegła kabinę stukając swoimi czerwonymi szpilkami po asfalcie, otwarła sobie drzwi i zgrabnie wskoczyła na miejsce pasażera.

   - Dzień dobry - przywitała się z jakimś południowosłowiańskim akcentem.

   Bogdan chciał odpowiedzieć, ale poczuł coś, co odebrało mu mowę. Nie można było tego nazwać nieprzyjemnym zapachem. Był to zaduch na który składało się wiele  zapachów,             od zapachu tanich perfum, po przez zapach nieświeżej ryby, spermy, potu  i nie wiadomo czego jeszcze.

   - Cześć - odpowiedział po chwili, dochodząc do siebie. Uruchomił silnik. Ruszył, rozpędzając ciężarówkę, jednocześnie opuszczając szybę z jej strony. Gdy wyjechał na jezdnię, sięgnął do schowka, wyjął piersiówkę, odkręcił nakrętkę, i wyciągnął rękę z wódką w jej kierunku. Wzięła butelkę bez słowa, umoczyła usta, po czym oddała mu ją z powrotem. Bogdan pociągnął spory łyk, a jeszcze większą ilość, niby niechcący, rozlał po koszuli na piersi. 

   - Ale ze mnie niezdara - żachnął się, chowając butelkę do schowka.  - Co taka fajna babka robi na drodze - odezwał się, żeby w ogóle coś powiedzieć, patrząc na drogę. Jak na razie na seks odeszła mu ochota.

   - Pracuję. Polaki mówią, że żadna praca nie hańbi.

   Bogdan przyjrzał jej się uważnie. Nie była już dziewczyną. Mogła mieć jakieś trzydzieści lat, ocenił po widoku jej twarzy, ale gdy popatrzył na kolana i uda, ciało miała nadal młode i piękne.  

   - Mówisz ładnie po polsku, nie lepiej poszukać innej pracy?

   Podniosła wzrok i spojrzała mu w oczy. Przez dłuższa chwilę milczała, jakby rozważając,         czy warto wdać się z nim w rozmowę.

   - Handlowałam na targu, ale przestałam.

   - Dlaczego?

   - Chcesz się kochać, czy rozmawiać?

   - Teraz chcę rozmawiać, jeśli nie masz nic przeciwko temu - uśmiechnął się z grymasem.

  Spuściła oczy i zaczęła mówić jakby do siebie.

   - Ja przyjechała do Polski trzy lata temu z moim mąż Kristijanem. My handlowali na targach. Jak zarobili pieniądze, to Kristijan wziął samochód i pojechał do Niemiec. Jak się tam urządze, mówił, to ja miałam jechać do niego. Pół roku pisał do mnie na kwatere i dzwonił, później przestał.

   Gdy wyjechali z lasu, Bogdan zatrzymał samochód w zatoczce, przy drodze w cieniu wielkiej topoli. Ogarnął wzrokiem jej ponętne ciało, ale zaduch nie dawał o sobie zapomnieć, a nawet wzmógł się po zatrzymaniu samochodu.

   - Jak skończyły się pieniądze, które mi zostawił, musiałam iść na drogę - kontynuowała patrząc na stawy pustym wzrokiem, rozpinając bluzkę.

   Jak się nie opiję, nic z tego nie będzie. Bogdan żałował, że nie kupił większej butelki wódki.

   - Opowiedz trochę o sobie, ładnie mówisz po polsku.

   Znowu spojrzała mu w oczy, a widząc w nich bezradność, zapytała niepewnie.

   - Nie chcesz wiedzieć dlaczego przyjechała do Polski?

   Patrzył na nią w wyczekiwaniu.

   - W domu, u siebie, ja była nauczycielka. Uczyłam w gimnazjum biologii. My mieli synka pięć lat. On chorował, potrzebna była operacja. Sprzedaliśmy wszystko, wzieli kredyt, dali wszystkie oszczędności, zostało tylko mieszkanie i samochód. 

   Przycisnęła rękę do mostka i grymas bólu pojawił się na jej twarzy a w oczach łzy.

   - Operacja się nie udała i on umarł. Krystijan miał pretensje do mnie, do lekarzy. Zwolnili go z pracy.

   Bogdan podał jej chusteczkę.

   Rozmazując łzy po twarzy, mówila dalej tym samym spokojnym, bezbarwnym głosem, trzymając chusteczkę w drugiej ręce.

   - Sprzedaliśmy mieszkanie i spłacili kredyt. Nic nas tam nie trzymało tylko ten mały grób. Wtedy wyjechaliśmy do Polski.

   Każda kurwa ma swoją bajeczkę, przebiegło mu przez głowę, ale gdy ponownie na nią spojrzał, zrobiło mu się wstyd, że tak pomyślał. Taka atrakcyjna i niegłupia kobieta. Zycie musiało strasznie się z nią obejść. Przecież nie łajdaczy się z miłości do polskich kierowców. Sięgnął do schowka po notes i dobrą chwilę kartkował, czegoś w nim szukając.

   - O mam. -  Wyrwał kawałek kartki z zapisanym na nim adresem. - To jest adres domu publicznego we Wrocławiu. Powołaj się na mnie. Mam na imię Bogdan. Właścicielka powinna mnie pamiętać.

   Co ja robię, myślał, czując zaciskającą się gorącą obręcz na żołądku gdy podawał jej kartkę, zdając sobie jednocześnie sprawę, że z seksu nic nie będzie.

   - Mam ci dziękować - odpowiedziała niepewnie, biorąc kartę. Wzięła się w garść i zaczęła dokładnie wycierać twarz chusteczką.

   Bogdan zerknął w lusterko wsteczne, zauważając w nim czarne BMW, które zatrzymało się     za nimi w odległości pięćdziesięciu metrów, mrugając światłami awaryjnymi.

   - Masz  prawdopodobnie więcej pieniędzy ode mnie, ale dam ci na drogę do tego… - powiedział wyjmując portfel, szukając w nim pieniędzy, a w głowie słów mogących zastąpić słowo “burdel”, czując mocniej zaciskającą się obręcz na żołądku.

   - Koleżanka schowała kiedyś większy pieniądz, a jak szef znalazł, to przytrzasnął jej rękę drzwiami samochodu i połamał wszystkie palce - odburknęła, kręcąc głową. 

   - To ile powinienem zapłacić?

   - Dziesięć euro? - spytała się raczej niż zażądała. - Normalnie to biorę dwadzieścia - pochwaliła się.

   - Proszę, masz tutaj dwadzieścia i uważaj na palce - zażartował i poczuł jak obręcz zaciska się jeszcze bardziej, paląc mu wnętrzności.

   - Dziękuję. - W jej oczach malowała się niepewność. - No to do widzenia?

   - Tak, zaczekaj. - Wysiadł z kabiny, otworzył jej drzwi, pomagając wysiąść.

   Gdy zeskoczyła na ziemię, zobaczyła osobówkę stojącą za nimi.

   - Szef już na mnie czeka - powiedziała z lękiem w głosie.

   Odprowadził ją do końca ciężarówki. Patrzył, jak podbiegła do tylnych drzwi. Gdy je otworzyła, odwróciła się do niego, uniosła rękę, palcami dotknęła ust i przesłała mu buziaka, po czym wsiadła do samochodu, zatrzaskując drzwi.

   Czarne BMW zawarczało silnikiem. Z piskiem opon wykręciło na podwójnej ciągłej i popędziło z powrotem. Oddalało się z coraz większą prędkością, aż znikło wśród drzew starego lasu.

 

   Bogdan wrócił do kabiny. Włączył wentylator i poopuszczał maksymalnie wszystkie szyby. Uruchomił silnik, po czym wyjechał na drogę. Zaduch wolno opuszczał kabinę, a gdy w końcu całkowicie się ulotnił, doznał dziwnego uczucia. Poczuł się tak, jakby stracił osobę bliską swojemu sercu, kogoś, kogo znał długo i przeżył z nim wiele, ale najwięcej przeżyć dotyczyło: zła, upokorzeń i niesprawiedliwości.

   Włączył laptop i po chwili na monitorze pojawiły się trzy postacie. Spojrzał na uśmiechniętą buzię z grzywką spadającą na oczy i pięknymi blond lokami. Przypomniał sobie jej pierwszy rok życia, chorobę żony i walkę jaką wtedy musiał stoczyć z wszystkimi przeciwnościami losu.         Po dłuższej chwili, spojrzał na drugą dziewczynkę, a po chwili jeszcze raz. Jechał dalej, po czym wychylił się w stronę monitora. Trzeci raz przyjrzał się jej uważnie, bo wydało mu się, że w jej twarzy dostrzegł nikły uśmieszek, co wprawiło go w trochę lepszy nastrój. Gdy przeniósł wzrok na trzecią osobę, zrobiło mu się jeszcze cieplej na duszy. Przycisnął pedał gazu, zwiększył prędkość na tyle, na ile pozwalały warunki i jechał dalej w stronę domu, rozmyślając o tym, jakim to on jest szczęściarzem.

 

                                                                  *     *     *

 

09 kwietnia 2016

Stanisław Magot

98 - 400 Wieruszów

ul. Warszawska 113

Zapraszamy do serwisu

tel.  48 668 216 761

tel. 48 62 78  41261

stmagot@gmail.com