Przyjaciółka

 

    Nie wiem, czy to dobry pomysł dzielić się z Wami tak osobistymi przeżyciami, ale choć       od dnia, kiedy odeszła moja przyjaciółka, minęło już kilka tygodni, to nadal nie mogę się         z tym pogodzić. Tak czy inaczej, postanowiłem to opisać.
   Wiem, że niejeden z Was ma większe problemy. Podejrzewam też, że wielu wolałoby przeczytać jakąś wesołą historię ze szczęśliwym zakończeniem, ale to naprawdę nie moja wina, że kilka takich nieskończonych leży w szufladzie i nie mam ochoty po nie sięgnąć.
   Jak na razie u mnie teksty w tym samym nastroju i przepraszam tych, którzy być może         po przeczytaniu tego wpisu stracą dobry humor, zastanawiając się nad tym, jak łatwo jest stracić coś bardzo ważnego w naszej absurdalnej rzeczywistości.

 

 

   Kaja pojawiła się w moim życiu dziesięć lat temu, na co nie byłem wtedy, w ogóle przygotowany. Od kilku lat żyłem samotnie i było mi z tym dobrze. Moi dwaj synowie, trzydziestoletnie chłopy, coraz bardziej zapominali o starym ojcu, zajęci swoimi sprawami,    a ja nie miałem o to do nich pretensji. Byłem bezrobotny od dziesięciu lat, co też tłumaczyło nasze coraz bardziej oziębłe stosunki. Wyjaśniać, dlaczego byłem bez pracy tak długo,         nie będę, bo na to potrzebne byłoby dwutomowe dzieło. W każdym razie żyłem z dnia            na dzień w przekonaniu, że wszystko już za mną, a przede mną jeszcze tylko omówienie           z ,,kostuchą":  jak? Gdzie? I kiedy?
   I wtedy to się stało. Kaja zamieszkała u mnie. Od pierwszych dni wszędzie było jej pełno. Nowe miski, talerze, posłania. I te spacery. Ciągle na spacer, ciągle do ludzi. Miałem wszystkiego dość, a jej najbardziej. 
   Były okresy, że w ogóle nie rozmawialiśmy ze sobą. Brałem wtedy książkę, siadałem wygodnie w fotelu i czytałem, jakby jej w ogóle nie było. Ona też zajmowała wygodną pozycję na drugim fotelu. Potrafiła tam, czekając na akceptację, nie wydając żadnego odgłosu, jak wąż godzinami wlepiać we mnie te swoje śliczne, brązowe oczy. 
   Często przerywałem czytanie i popadałem w zadumę, bijąc się z myślami, jak bardzo pokomplikowałem sobie życie, godząc się na tę kulę u nogi. Podnosiłem wzrok i gdy nasze spojrzenia spotykały się, to ja po pewnym czasie spuszczałem oczy z niedowierzaniem, odczytując to, co chciała mi tymi swoimi ślepkami powiedzieć. 
   Minęło jeszcze sporo czasu, zanim byłem tego pewny. Mówiła do mnie: Głupcze, tu nie chodzi    o mnie. Ja sobie dam radę. To chodzi o ciebie. Obudź się. Spróbuj żyć, a ja ci pomogę.
   - Dobrze Żabko - powiedziałem do niej w pierwszą rocznicę naszego spotkania, nazywając ją pierwszy raz Żabą. - Spróbujmy, ale wiedz, że nie boję się o siebie, tylko o ciebie.
   Zabraliśmy się do roboty. Kupiłem trochę chińskiej tanizny i zacząłem jeździć po targach. Jako bezrobotnemu, wolno mi było coś tam dorobić, tym bardziej że nigdy nie korzystałem      z pomocy socjalnej. Wyjechaliśmy też do Niemiec, gdzie na winnicach udało się zarobić trochę Euro. Trzeba przyznać, że mieliśmy szczęście, bo dwa razy jakiś gajowy upominał nas, że zające i inne zwierzaki też mają prawo do swobodnego hasania po polu i skończyło się tylko na ustnym upomnieniu.   
   W roku 2011 poczułem, że stanąłem na nogach. Wyremontowałem warsztat oraz  pomieszczenia, w których kiedyś prowadziłem hurtownię i zacząłem myśleć o działalności gospodarczej. Niestety, wtedy znów w moje życie wkroczyły siły wyższe.
   Przy pomocy sfałszowanych dokumentów pozbawiono mnie mojej własności. Po dwuletnim włóczeniu się po sądach okazało się, że pomieszczenia, które kiedyś wybudowałem, które zajmuję i za które płacę podatki, nie są moje. Nie pomogło nawet odwoływanie się do Strasburga. 
   Żaba wspierała mnie we wszystkim, jak tylko mogła i nie wiem, czy udałoby mi się to wszystko przeżyć bez jej pomocy. Gdy ciśnieniomierz wskazywał ponad 200 i nie byłem już zdolny do żadnego wysiłku, nie odstępowała mnie nawet na krok. Dawała trochę spokoju wtedy, gdy byliśmy najedzeni, ale po chwili znów wyciągała mnie z domu w nasze ulubione miejsca.

   - Gdzie pójdę i jak? - tłumaczyłem jej, pokazując popuchnięte nogi, niezdolny podnieść się   z fotela.
   Na niewiele się to tłumaczenie zdawało: Wstawaj, idziemy. Rusz się wreszcie! Tak aż do skutku. Musiałem się podnieś i dreptać za nią, aż znaleźliśmy się na naszej ulubionej ławce   na obrzeżach miasta lub w zaciszu podmiejskiego lasu.
   Później pozbierałem się jakoś. Do emerytury pozostało mi niecałe dwa lata, więc postanowiłem przestać ,,kopać się z koniem” i odłożyłem plany otwarcia galerii do czasów jej otrzymania (emerytury). Zgłosiłem się do MOPS, skąd otrzymywałem 270 zł zasiłku na miesiąc. Żyjąc oszczędnie, a właściwie wegetując, siedziałem w domu.

   Wtedy z Żabką bardzo zbliżyliśmy się do siebie. Ja starałem się jej odwdzięczyć za to,         co zrobiła dla mnie w chorobie, a ona robiła swoje, czyli była wierna jak piesek. Dzisiaj wiem,  że to były dwa najwspanialsze lata mojego życia.

   Nie jestem w stanie tutaj ich opisać, bo na to potrzebne byłoby jednotomowe dzieło.
   W końcu doczekaliśmy się mojej emerytury. Zarejestrowałem firmę (Maggallery) i założyłem stronę internetową, ale sprzedaż nie szła, tym bardziej że najładniejsze obrazy zostały sprzedane w ciągu ostatnich dwu lat.
   Nie przejmowałem się tym. Z czasem wszystko zaczęło się układać i zmierzało w dobrym kierunku. Odczuwałem jednak jakiś niepokój. Czułem zazdrościć wokół siebie, a może obawę z powodu naszego sukcesu. I znów “niedobrzy ludzie" sprowadzili mnie na ziemię,                  a właściwie rzucili na kolana. 

   Żabka zachorowała. Już na drugi dzień wiedziałem, że została otruta. Poszedłem z nią do lekarki, ale nic się nie dało zrobić. Nie pomogły ani lekarstwa, ani operacja. Umierała długo, bo była silnym psem. Byłem cały czas przy niej i wydaje mi się, że umierała szczęśliwa na moich rękach, jeśli w ogóle można umierać szczęśliwym. Nie rozumiem tylko jej ostatniego przesłania do mnie. Znałem przecież każdy jej gest, każdy jej uśmiech i zawsze wiedziałem,   co chciała mi powiedzieć. 
   Gdy była już ślepa i wydawała z siebie ostatnie ciężkie, świszczące oddechy, całym ciałkiem i tym swym cudownym pyszczkiem mówiła do mnie: Nie płacz. Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. 

 

 

   Napisanie tego wpisu było dla mnie bólem i koniecznością. Mam też nadzieję, że po jego przeczytaniu, mocno przytulisz swego psa, a jeśli nie masz go stale przy sobie, bo on jest zajęty pilnowaniem Twojego gospodarstwa, wyniesiesz do jego budy jakieś stare, ciepłe palto i złożysz mu noworoczne życzenia.

 

 

 

30 grudnia 2016

Stanisław Magot

98 - 400 Wieruszów

ul. Warszawska 113

Zapraszamy do serwisu

tel.  48 668 216 761

tel. 48 62 78  41261

stmagot@gmail.com