Józek


   W szatni panował ruch jak w ulu. Górnicy rannej zmiany wyjeżdżali na górę, zdawali lampy i marki, po czym podążali do swoich boksów. Rozbierali się w pośpiechu, chcąc jak najprędzej znaleźć się pod prysznicem. aby zmyć z siebie pot i brud pokrywający ich ciała. 

    Nie mogąc ukryć zadowolenia z faktu, że mają za sobą kolejną szczęśliwą dniówkę, rozmawiali głośno, pokrzykując i żartując. Z kolei górnicy zmiany popołudniowej w milczeniu przebierali się w ubrania robocze. Podciągali do góry swoje rzeczy, przypinali łańcuchy          i w skupieniu zmierzali do windy, aby zanurzyć się tysiąc metrów pod ziemię i tam przez kilka godzin w pyle i temperaturze przekraczającej 40 °C, mając mizerne światełko na chełmie          w różny sposób walczyć z litą ścianą rudy miedzi.
   Józek podciągnął swoje ubranie robocze pod sufit szatni i przypiął odpowiednie ogniwko łańcucha, kłódką do kółka wmurowanego w ścianie. Wychodząc z szatni na chwilę przystanął przed brudnym, wielkim lustrem, przykręconym śrubami do ściany obok wyjścia. Przeczesał grzebieniem mokre włosy i z satysfakcją przyjrzał się swojemu odbiciu.
   Miał 190 centymetrów wzrostu, ważył prawie 100 kilogramów. Z pod szerokiego czoła przykrytego falą czarnych włosów, patrzyły na niego duże ciemne oczy, a gdy uśmiechnął się do siebie w twarzy pokrytej twardym jednodniowym zarostem, rozbłysły piękne, białe zęby osadzone w grubokościstej, ładnie zarysowanej, kwadratowej szczęce.
   Gdy odwrócił się od lustra, poczuł mocne klepnięcie w lewe ramie. Zareagował jak automat, odwracając się w lewo, ale to z prawej strony poczuł czyjąś obecność i usłyszał.
   - Bój się, zbóju!
   Mężczyzna natarł na niego czołem i lekkimi ciosami boksował go po brzuchu.
   Józek odwzajemnił mu się delikatnym uderzeniem głową i takimi samymi ciosami, po czym oboje wybuchnęli śmiechem.
   - Masz ochotę na piwo? - spytał Krzysiek, gdy przestali się śmiać.
   - Ale tylko na jedno. Dzisiaj muszę gotować, bo mięso już mi się psuje.
   - Znalazłbyś sobie jakąś babę - radził mu Krzysiek.
   Józek skrzywił się w grymasie.
   Krzysiek był brygadzistą na kanale. Pracowali ze sobą kilka lat, ale nie byli przyjaciółmi. 

   Utrzymywali poprawne stosunki w pracy, a po za nią spotykali się niekiedy w restauracji lub pijalni, aby napić się piwa.
   Gdy wyszli na plac przed budynkiem kopalni i wmieszali się w tłum górników, czekających na autobusy, Krzysiek znowu zagadnął.
   - Co powiesz o tej Asi, kelnerce ze „Słonecznej”?
   - Ona kogoś ma - Józek nie był zainteresowany.

   - Wiem, znam go. To taki mały dupek. - Krzysiek skrzywił się z niesmakiem.
   - Ja go też znam, Bercik to porządny gość. 
   - A nasza sekretarka. Nie mów, że ci się nie podoba. Wszyscy na nią lecą.
   - Ale posuwa ją kierownik. Daj spokój.
   - I co z tego - Krzyśkowi opadały ręce. - A znasz tę małą Ankę czy Hankę z działu kadr? Też chyba nie ma nikogo.
   Józek nic nie odpowiedział, tylko oczy mu się zaświeciły i zrobił dziwną minę.
   Zaczęły podjeżdżać autobusy i bez problemu zajęli miejsca w jednym z pierwszych. Obaj byli słusznego wzrostu, poza tym Krzysiek należał do liderów górniczej społeczności, to też inni górnicy z szacunkiem ustępowali im z drogi. Dojechali do Lubina rozmawiając o kobietach, ładowarkach i miedzi. Później wstąpili do „Słonecznej”. Przysiedli się do dwóch znajomych górników i zamówili po piwie. Józek po wypiciu swojego, pożegnał towarzystwo i poszedł do domu.

 

   Zbliżał się 31 sierpień, druga rocznica podpisania porozumień sierpniowych. W Lubinie czuło się atmosferę napiętego wyczekiwania. Po mieście krążyły konspiracyjne ulotki,                a niektórzy ludzie o których było wiadomo, że są związani z podziemiem, stali się bardziej aktywni. Choć związek „Solidarność” został rozwiązany, i większość działaczy internowana, to górnicza społeczność regionu nie pogodziła się z upokarzającymi dekretami rady ocalającej naród. Po prostu duch „Solidarności” czuło się na każdym kroku.
   Któregoś wieczoru Józek usłyszał pukanie do drzwi. Powiesił wypraną bluzę roboczą na suszarce, wytarł ręce i wyszedł z łazienki. Patrząc przez „judasza” zobaczył dwóch kolegów   z kopalni. Otworzył drzwi, zaprosił ich do środka i posadził przy stole w pokoju gościnnym. 
   Paweł i Leszek byli mniejszymi rangą działaczami „Solidarności’ z którymi znał się jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego. Józek też działał w Związku od pierwszych dni jego powstania. Ale przed feralnym grudniem 1981 przestano zapraszać go na zebrania, a do tego tydzień przed wprowadzeniem stanu wojennego, kierownik wysłał go na dziesięć dni nieplanowanego urlopu.

   Poznał wtedy przypadkowo świetną laskę z którą spędził w Zakopanym cały urlop.

   Po powrocie dziewczyna się ulotniła, a on nie mogąc darować sobie, że nie uczestniczył          w zajściach na kopalni podczas wprowadzania stanu wojennego, przestał zajmować się polityką, zazdroszcząc kolegom, że zostali internowani, a on nie.
   - Dzisiaj u Katarzyny jest spotkanie - zaczął Paweł, gdy tylko usiadł.
   - Napijecie się piwa? - Józek bardziej stwierdził niż zapytał i nie czekając na odpowiedz,  udał się do kuchni, skąd po chwili wrócił z trzema butelkami.
   - Spotkanie zaczyna się o dziesiątej - kontynuował Paweł spoglądając na zegarek. - Władze wysłały nas, żeby cię zapytać czy przyjdziesz?
   - To są jakieś władze - Józek spytał ze zdziwieniem, otwierając butelki i stawiając  przed każdym jedną na stole.
   - Są. Z Wrocławia przyjeżdża kolega Władek z Tymczasowej Komisji Związku, a z Głogowa Czesław i Heniek.
   -  Nie ma już „Solidarności” jako związku robotników - wtrącił Leszek - ale powstał Ogólnopolski Komitet Oporu. Kierują teraz nami mądrzy ludzie, profesorowie.

   - Nie wiem - Józek zasępił się. - Jak nie będzie zwykłej solidarności na naszej zmianie, oddziale, to nikt nam nie pomoże.
   - To idziesz czy nie? - spytał Paweł.  Podniósł butelkę i wypił piwo nie odstawiając butelki   od ust.

   Józek zmierzył go chłodnym wzrokiem.
   - Coś taki nerwowy. Pójdę i tak nie mam co robić.
   - To musimy się pospieszyć, bo zbliża się dziesiąta i godzina milicyjna. - Paweł podniósł się    z krzesła gotowy do wyjścia. Leszek też dokończył piwo. Poczekali chwilę aż Józek się przebierze, po czym razem wyszli z mieszkania.
 
   Niewielki domek pani Katarzyny był położony w miłej podmiejskiej dzielnicy o wąskich wysadzonych drzewami uliczkach. Gdy tam dotarli, było już parę minut po dziesiątej. Leszek nacisnął dwa razy krótko i raz długo dzwonek przy furtce, po czym podeszli do drzwi wejściowych. Teraz nacisnął dzwonek odwrotnie, dwa razy długo i raz krótko. Drzwi otworzyły się i stanął w nich wielki facet.
   - Czy gołębie zniosły już jajka - zapytał półgłosem spoglądając na nich groźnie.
   - Tak, siedem sztuk - odpowiedział Leszek.
   - Dobra, wchodźcie. - Olbrzym zrobił im przejście, a gdy weszli zamknął starannie za nimi drzwi na zamek i łańcuszek.

   W przedpokoju zdjęli obuwie. Z dużego kosza wyjęli dla siebie papcie, po czym skierowali się do pokoju na końcu korytarza, widząc światło w uchylonych drzwiach i dochodzące stamtąd rozmowy. W pomieszczeniu było już kilkunastu działaczy.  Stali w małych grupkach, zapalczywie spierając się i dyskutując. Józek większość z nich znał, ale jakoś nie miał ochoty witać się ze wszystkimi. Podał tylko rękę tym, którzy podeszli, żeby się z nim przywitać              i niezdecydowany kręcił się samotnie przy drzwiach.
   Około wpół do jedenastej do pokoju weszło jeszcze kilka osób. Wprowadziła ich nieduża, szczupła kobieta po sześćdziesiątce. Witali się ze wszystkimi podając rękę i wymieniając swoje nazwiska, które przyprawiały o gęsią skórkę. Gdy pani Katarzyna usadowiła gości przy dużym stole, stojącym pod ścianą naprzeciwko paru rzędów krzeseł, wróciła i podeszła do Józka.
   - Mój bohaterze, tak dawno cię nie widziałam. Co u ciebie, Józiu? - spytała, głaszcząc go czule obiema dłońmi  po twarzy.
   - Odpoczywam teraz od polityki. - Józek ujął obie jej ręce, i ucałował każdą z szacunkiem. 
   - Morze dobrze robisz. Znalazłeś sobie już dziewczynę - dopytywała się z troską w głosie,

a widząc zafrasowaną minę Józka, dodała z lekką naganą.
   - Boże. Taki chłopak. Ty powinieneś mieć księżniczkę albo jakąś królową.
   - Żartuje pani sobie ze mnie. Przede mną uciekają nawet sprzątaczki.
   Pani Katarzyna kręciła głową z niedowierzaniem.

   - Chodź, przedstawię cię naszym gościom - powiedziała biorąc go pod rękę.
   Józek delikatnie wyswobodził się z jej uchwytu i odsunął się nieufnie.

   - Może innym razem. Po takiej przerwie nie chciałbym od razu na głęboką wodę - dodał przepraszającym głosem.
   - Jak chcesz. - Poprowadziła go do stolika w rogu pokoju, zastawionego napojami   i kanapkami, gdzie wskazała mu krzesło.

   - Usiądź tutaj i czuj się jak u siebie. Muszę zająć się naszymi gośćmi. - Pogładziła go jeszcze delikatnie po włosach i oddaliła się zmierzając do głównego stołu, pozdrawiając każdego z mijanych działaczy miłym słowem i uśmiechem.
   Józek usiadł przy stoliku. Inni działacze też zaczęli zajmować miejsca w przygotowanych rzędach krzeseł, przerywając rozmowy i skupiając swą uwagę na rozpoczynającym spotkanie Staszkowi oraz osobach siedzących przy głównym stole. 

   - Coś taki markotny - zwrócił się do niego Leszek przyciszonym głosem, siadając na wolnym krześle, stojącym obok stolika z kanapkami. 
   - Usiłuję na powrót złapać bakcyla konspiracji, ale jakoś ciężko mi idzie. - Józek odpowiedział z zakłopotaną miną.
   - Może go odzyskasz w przygotowywaniu manifestacji.
   - Może. Czasu do trzydziestego pierwszego pozostało niewiele.
   Przerwali rozmowę i skupili się na przemówieniu Staszka, który przedstawiał zarysy przygotowań do wiecu. Później głos zabierali przyjezdni. Józek próbował dać ponieść się pięknym słowom mówców i obudzić w sobie drzemiącego bojownika o te wzniosłe cele, ale gdy przypomniał sobie na pół puste komory, przodki i chodniki w dniach po wprowadzeniu stanu wojennego, znów opanowało go zwątpienie.
   - Lechu. - Józek nachylił się do kolegi. Szepcąc mu w stronę ucha, starał się rozwiać swoje wątpliwości. - O co w tym wszystkim chodzi? - pytał. - Przecież wywalczyliśmy dwadzieścia jeden postulatów. Komuna dba o nie jak o przykazania. To czego chcieć jeszcze więcej?
   Leszek spojrzał na niego jak na wariata.
   - Żartujesz, czy naprawdę nie wiesz?
   - Naprawdę nic nie rozumiem z tego co się tutaj mówi.

   - Jak bym ciebie nie znał tych parę lat, to pomyślałbym, ze jesteś nam przeciwny. Zdelegalizowali związek, internowali przywódców. A stan wojenny? - wyliczał prostując po kolei zaciśnięte palce lewej ręki. 
   - Stan wojenny muszą znieść. To jest jakaś farsa, a przywódców już wypuszczają.
   - Józku. Jest nas dziesięć milionów. Pokażemy całemu światu czym jest „Solidarność’. Leszek powiedział ostatnie zdania na tyle głośno, że siedzący w pobliżu odwrócili w ich kierunku głowy, a niektórzy oklaskami wyrazili poparcie dla jego słów.
   - Już pokazaliśmy. Mamy dwadzieścia jeden postulatów, no dobra, dwadzieścia. - Józek poprawił się, mając na uwadze delegalizację „Solidarności”. - Pilnujmy ich i niech cały świat nam tego zazdrości. 
   Z kolei jego słowa spotkały się z pobłażliwymi uśmiechami na twarzach przysłuchujących się rozmowie.
   - Bez „Solidarności” nie ma wolności. Wbij sobie to do głowy. - Leszek na głos zakończył rozmowę, a inni działacze podchwycili hasło i zaczęli je skandować przyciszonym głosem. 
   To spontaniczne zdarzenie, było sygnałem dla prowadzących, aby kończyć oficjalną część zebrania. Staszek podniósł się z krzesła. Klasnął dłońmi kilka razy i uciszył zebranych.

   - Dziękuję wszystkim za przybycie - odezwał się patrząc na sprawców całego zamieszania.      - Związek was  potrzebuje. Ludzi cieszących się autorytetem wśród górniczej społeczności. Ludzi uczciwych, będącym przykładem solidności w pracy, jak i poza nią. Józku, zostaniesz na poczęstunek i nocleg na materacu, czy idziesz do domu?
   - Pójdę do domu. -  Józek odpowiedział patrząc w podłogę, unikając jego wzroku.
   - Mam do ciebie prośbę. Czy weźmiesz trochę ulotek i rozdasz je znajomym?
   Józek z aprobatą skinął głową nie podnosząc oczu.
   Staszek jeszcze raz podziękował wszystkim za przybycie i przedstawił  harmonogram dalszej części spotkania. Tych co wyrazili chęć na opuszczenie zebrania, co kilka minut, pojedynczo wypuszczano na zewnątrz. Józek siedział zamyślony cały czas przy stoliku z kanapkami, a gdy przyszła jego kolej, podziękował pani Katarzynie, zabrał reklamówkę z ulotkami i wyszedł na zewnątrz.

   Na dworze było ciemno, do tego padał nieprzyjemny, zimny deszcz. Ruszył szybko przed siebie i wybierając nieoświetlone uliczki podążał w stronę domu. Po kilku minutach zwolnił. Nie miał się dokąd spieszyć.

 

   Autobusy wypełnione górnikami nocnej zmiany, wolno odjeżdżały z przykopalnianego placu, kierując się do różnych miejscowości Zagłębia. Józkowi udało się zająć wygodne miejsce przy oknie w mocno przepełnionym, ostatnim jadącym do Lubina. Miał za sobą ciężką nockę. Wybrał dwa odpalone przodki, choć silnik ładowarki gasł i kilkakrotnie musiał odpowietrzać układ paliwowy. Na koniec zmiany zjechał na komorę i przekazywanie maszyny do naprawy, zajęło mu też sporo czasu. Na górę wyjeżdżał jako jeden z ostatnich. Był wykończony i gdy tylko przytknął głowę od szyby, zapadł od razu w kojącą drzemkę.
   - Kolego, usiądź na moim miejscu. Mam do Józka bardzo ważną sprawę. - Wyrwał go z tego półsnu znajomy głos.
   Górnik siedzący obok niego z ociąganiem przesiadł się do tyłu.
   - Święta Barbara nigdy ci tego nie zapomni. - Krzysiek podziękował mu w ten sposób               i rozpychając się na siedzeniu, żartował dalej zwracając się do Józka.
   - Nie spij kolego. Jeszcze ci płacą.
   Gdy Józek odwrócił się do niego plecami spoważniał.
   - Mam problem. Pomożesz koledze? - zapytał.
   - Mhu - Józek nie przerywał drzemki.
   - Umówiłem się z dwoma dziewczynami na obiad w „Słonecznej” i potrzebuję kolesia do tej drugiej. W tobie ostatnia moja nadzieja.
   - Kiedy?
   - Dzisiaj o czwartej.
   - Na dzisiaj obiad już mam ugotowany - odburknął Józek pod nosem.
   - Ja stawiam i płacę za wszystko. Będzie Hanka, no wiesz, ta z kadr - odpowiedział Krzysiek tajemniczym głosem.
   - Co ty. Przecież jesteś żonaty. - Józek gwałtownie wyprostował się na siedzeniu, a Krzysiek widząc jego minę odwrócił się i spojrzał w głąb autobusu nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. 
   - Nie bądź dzieckiem. No to jak, przyjdziesz? - spytał już z poważną miną.
   Józek był przekonany, że taki przystojniak jak Krzysiek, umówił się z Hanką a jemu przypadnie jakaś brzydka przyzwoitka.
   - Przyjdę o szesnastej, a teraz nie przeszkadzaj. Muszę odpocząć od was wszystkich. - Odwrócił się do okna i udając, że śpi, pogrążył się w rozmyślaniach o Hance, która jak mu się wydawało, wkrótce stanie się kolejną ofiarą tego maniaka seksualnego.

   Krzysiek też wygodnie usiadł w fotelu. Odchylił głowę, opierając ją na zagłówku. Przymknął oczy i wsłuchując się w równomierny warkot silnika z tajemniczym uśmiechem na twarzy odliczał czas do godziny szesnastej.

 

   Parę minut po czwartej Józek wszedł do „Słonecznej”. W głównej sali restauracji panował półmrok. Stanął na jej środku nikogo nie rozpoznając z pośród kilkunastu gości siedzących przy stolikach, oślepiony ostrym słońcem na dworze .
   - Tutaj, tutaj. - Usłyszał głos Krzyśka dobiegający z rogu sali.
   Gdy podszedł do stolika, zobaczył Hankę. Ubrana w modną, niebieską sukienkę, podkreślającą jej zgrabną figurę z opadającymi lokami ciemnych włosów przyciętych                 z przodu do wysokości karmazynowych ust, wyglądała zjawiskowo.
   - Poznaj moje koleżanki. Krzysiek podniósł się z krzesła. - To jest Hanka, a to Basia - przedstawił dziewczyny.
   - Józek. - Józek wydusił z siebie swoje imię. Usiadł przy stoliku, nic nie widząc, mając przed oczami tylko dekolt niebieskiej sukienki i pod nim kształtne piersi Hanki.
   Basia, korpulentna kobietka z wielką złotą kokardą w ufarbowanych na blond włosach, wyciągnęła do niego rękę nad stolikiem. Gdy podniósł się, żeby podać jej swoją, wywrócił kieliszek z wodą.
   - Pan Józek jest tak roztargniony, jakby był zakochany. - Wybuchnęła wesołym śmiechem, kryjąc usta w dłoniach.
   Hanka pochyliła się w jego stronę i serwetkami pomagała mu zaprowadzić porządek na stole, a jej bliskość speszyła go do tego stopnia, że ponownie przewrócił pusty już kieliszek.
   Krzysiek domyślając się przyczyny jego roztargnienia, wziął sprawy w swoje ręce. Skinął     na kelnerkę, a gdy ta podeszła, odezwał się nieznoszącym sprzeciwu głosem.
   - Pozwólcie, że zamówię domowy, rodzinny obiad. Przypominam, że dzisiaj ja za wszystko płacę. - Po czym złożył zamówienie.
   Nikt nie wyrażał sprzeciwu. Dziewczyny nawet oklaskami przyjęły jego słowa i po chwili kelnerka przyniosła wazę zupy jarzynowej oraz cielęce befsztyki w bukiecie warzyw. Jedzenia nie brakowało, a nawet pojawiła się na stole butelka czerwonego wina.
   W trakcie posiłku Hanka ani razu nie odezwała się. Józek też milczał, przysłuchując się żartom Krzyśka i nieustannym wybuchom wesołego śmiechu Basi. Zorientował się, że ta para flirtuje ze sobą. Uświadomił sobie, że Krzysiek nie umówił się z Hanką, a sadzając ją tak, aby siedziała obok niego, zorganizował to całe spotkanie, umożliwiając mu poznanie Hanki.
   - Wyglądamy przy nich jak dwoje żałobników - odezwał się do niej nieśmiało.
   - Nie zawsze ma się ochotę na żarty. - Głos Hanki był mu przychylny   
   - Trochę mnie to niepokoi, że ja coraz częściej nie mam na nie ochoty.

   Chwilę przyglądała mu się bacznie, po czym odezwała się zmieniając temat.
   - Pracujesz na dole?
   - Tak. Jestem operatorem ładowarki.
   - Długo?
   - Już siedem lat.
   - I nie masz dość tych ciemności?
   - Powiedz kretowi żeby przestał ryć w ziemi i przeniósł się na pachnące grządki kwiatów.
   Uśmiechnęła się jakby ze smutkiem.
   - Masz kogoś?
   - Nie, a ty?
   Hanka nie odpowiedziała. Widelcem zaczęła przesuwać po talerzu resztki jedzenia  i zapadło między nimi niezręczne milczenie.
   - Co tam tak ponuro - odezwał się Krzysiek, sięgając po wino i rozlewając je do kieliszków. - Józek. Ty grasz na fortepianie. - Wskazał ręką pianino stojące ma podeście. - Zagraj nam coś wesołego.
   - Aleś wyskoczył. Nie grałem na fortepianie chyba więcej niż pięć lat. - Józek popukał się w czoło.

   - Słyszałem, że z grą na fortepianie jest tak samo jak z jazdą na rowerze. - Krzysiek nie dawał za wygraną.
   - Panie Józku, prosimy. - Basia przyłączyła się do pomysłu.
   - Naprawdę grasz na fortepianie? - Hanka spytała, patrząc na niego z podziwem.
   - Ee-tam. Kiedyś grałem - wykręcał się.
   - Proszę, zagraj. - poprosiła w taki sposób, że Józka ścisnęło w żołądku.
   Widząc, że będzie musiał zagrać coś na tym „karczemnym pianinie”, ciężko westchnął             i poczłapał w jego kierunku. Po drodze zabrał jakieś krzesło. Podszedł do pianina, usiadł na krzesełku, podniósł klapę i przyglądał się rzędowi białych klawiszy. Uniósł nad nimi ręce. Nagle opuścił je, i z niewiarygodną szybkością przebierając po nich swoimi grubymi palcami przesunął obie ręce w lewo, a po chwili w prawo. Następnie przez dłuższą chwilę stukał wskazującymi palcami obu rąk po klawiaturze, wydając z instrumentu jakieś nieskoordynowane dźwięki. W końcu zamarł w bezruchu z rękami nad klawiaturą.
   Chwila ta przeciągała się i nic się nie działo, aż któryś z gości nie wytrzymał, odzywając się żartobliwym głosem.
   - Maestro. Pobudka!

   Józek jeszcze chwilę siedział bez ruch, po czym opuścił ręce i zaczął delikatnie przebierać palcami po klawiaturze. Zaczął od koncertu fortepianowego e-mol Chopina. Salę wypełniła spokojna kojąca muzyka. Józek grał jak natchniony. Odnajdywał w pamięci melodię, odtwarzając ją  prawą ręką, wierną oryginałowi. Lewą ręką interpretował nieraz niepamiętane akordy nie tracąc piękna ani nastroju utworu. Trzymał się najpiękniejszych jego części, a gdy brakło mu już pomysłu, przeszedł do spokojnego nokturnu Des-dur.
   Gdy cudna muzyka Chopina wypełniła salę restauracji, ucichły rozmowy przy stolikach. W drzwiach prowadzących do kuchni, stanął jej szef w białej, wysokiej czapce, a za jego plecami wyglądały zachwycone muzyką kucharki. Kelnerki też zbiły się w małą grupkę koło baru i z niedomkniętymi ustami chłonęły muzykę.

   Józek swoimi palcami pieszcząc klawisze, malował przed nimi piękny, daleki, świat marzeń, pełen dam, dżentelmenów oraz wymyślonej miłości.
   Przy stoliku, przy którym siedział, też panowała kompletna cisza. Krzyśkowi już dawno nie zdarzyło się coś, co zaparło mu dech w piersiach. Dziewczyny siedziały, patrząc na siebie szeroko otwartymi oczami, a kiedy Józek przeszedł do trzeciego utworu: nokturnu c-moll         i rzewne dźwięki pianina wypełniły salę, łzy wielkie jak groch popłynęły im z oczu, rozmywając makijaż.

   Józek skończył. Siedział przygarbiony, nie zważając na oklaski, wiwaty oraz lecące w jego kierunku sztuczne kwiatki, powyciągane z wazoników, rzucane przez zachwyconą klientelę restauracji. W końcu wstał, ukłonił się i z wyrazem zmęczenia na twarzy wrócił do swojego stolika.
   - Maestro. Jeśli istnieje niebo, to przed chwilą z niego wróciłam. - Hanka dygnęła przed nim naśladując dziewiętnastowieczną panienkę.
   Krzysiek też poderwał się i usłużnie podsunął mu krzesło.
   - Lubisz taką muzykę? - zapytał patrząc jej głęboko w oczy.
   - Uwielbiam. - Hanka pocałowała go w policzek, a Józek pomyślał, że jeśli jest niebo, to właśnie się przed mim otwarło.
   - Panie Józku. Znam się trochę na muzyce i wiem z całą pewnością, ze trzeba być wielkim artystą, żeby tak grać - odezwała się Basia, patrząc na niego z szacunkiem.
   - Było, minęło. - Józek machnął ręką.
   - Jak to minęło? Tak jak nas oczarowałeś, możesz codziennie oczarowywać miliony.
   - Kiedyś chciałem, ale u nas nikomu nie zależy na tym, aby miliony były oczarowywane muzyką Chopina. Wystarczy im „Małgośka”.
   Basia przyznała mu rację.

   - W porządku - odparła. Ale nie mogła pogodzić się z tym, że taki muzyk marnuje swój talent, fedrując w kopalni. - Więc zrezygnowałeś i schowałeś się tysiąc metrów pod ziemią? - zapytała.
   - Tak. Czy w muzyce, czy w życiu, jestem solistą i uwierz mi, że próbowałem współgrać           z tą naszą komuną, ale oni uważali, że im fałszuję.
   Do stolika podeszła kelnerka z pełną tacą drinków.
   - To dla maestro od wielbicieli. - Wskazała gości i pozostałe kelnerki, stawiając przed Józkiem osiem drinków.
   - Pomożecie? - Józek użył znanej odzywki, po czym postawił przed każdym dwa kieliszki.
   - Jasne. Wypijmy za to, abyś otrzymał w życiu to, na co zasługujesz - odpowiedział Krzysiek podnosząc kieliszek.

 

   Pozostałą część wieczoru spędzili wesoło przy stoliku, rozmawiając o muzyce, usiłując wyciągnąć od Józka jak najwięcej z jego muzycznej przeszłości. Hanka nie kryła sympatii, jaką odczuwała do swojego nowego chłopaka, co było dla wszystkich coraz bardziej widoczne,         a Józek też zachowywał się jak najszczęśliwszy człowiek pod słońcem.
   - Szkoda, że dzisiaj mamy nockę. - Krzysiek spojrzał na zegarek. - Ureguluję rachunek,       a ty mój skarbie, zbieraj się - powiedział do Basi.
   Na chwilę zniknął w kantorku dla kelnerek, a jak wrócił, pożegnał się, wziął Basię pod rękę     i opuścili restaurację.
   Dochodziła ósma. Józek i Hanka też wyszli na zewnątrz.
 
   Stanęli przy metalowej balustradzie okalającej niewielki placyk przed restauracją.                 W półmroku wieczoru, przyglądali się sobie, bijąc się z myślami jak zakończyć ten pierwszy wspólny wieczór.
   - Daleko masz do domu - spytał Józek.
   - Mieszkam niedaleko Centrum Zdrowia.
   - To cię odprowadzę - zaproponował.
   Hanka zadowolona skinęła głową.
   Ruszyła chodnikiem. Józek szedł obok. Szli wolno mijając uliczne latarnie, rzucające kręgi światła w coraz bardziej zapadających ciemnościach. Milczeli, pogrążeni w obawie, co do ich wspólnej przyszłości. Gdy zbliżali się do osiedlowego parku, oboje zwolnili, myśląc o tym samym. Skręcili w jedną z alejek i usiedli na pierwszej napotkanej ławce. Józek położył dłoń na drobnej dłoni Hanki. 
   - Haniu, mam trzydzieści pięć lat. Jestem porządnym  człowiekiem i boję się, że nie nie dasz mi szansy, abym cię o tym przekonał. Mam dość randek, zalecanek i podstępnego zdobywania dziewczyny. Bardzo mi się podobasz i mam w stosunku do ciebie poważne zamiary. Jeśli uważasz że chcę od ciebie zbyt dużo lub domagam się tego za szybko, powiedz jedno słowo,     a się zmyję.

   Hanka milczała nie mogąc znaleźć tego jednego słowa, które miało rozwiązać jej problemy. Nie chciała go stracić. Z drugiej strony czuła, że decyduje się na coś nietuzinkowego. Coś         co odmieni całe jej dotychczasowe życie, tylko nie wiedziała na co.
   Nie doczekawszy się odpowiedzi Józek znowu cicho się odezwał.
   - Albo każ mi się zmywać, albo mnie pocałuj.
   Czuła jego bliskość i była pod wrażeniem spędzonego wieczoru. Spojrzała mu prosto  w oczy, w których zobaczyła te same sprzeczne uczucia, które nią targały. Pochyliła się w jego stronę, tak, że ich ciała dotknęły się. Położyła dłoń na jego rozporku, a czując nabrzmiewającą męskość, pocałowała go namiętnie w usta. Józek objął ją, przyciskając do siebie, oddając pocałunek. Lewą rękę położył na jej udzie i wolno przesuwał w górę.

   Za sobą mieli krzaki, a przed sobą pół godziny do odjazdu autobusów na kopalnię.
   Nagle Józek znieruchomiał. Odsunął się gwałtownie i spojrzał na zegarek.
   - Dlaczego to zrobiłaś? - zapytał gniewnie.

   - Nie wiem. Tak po prostu wyszło. - Hanka nie miała zamiaru się tłumaczyć. Zachowała się tak pierwszy raz w życiu. Ta muzyka i uwielbienie które go otaczało. Była zła na siebie odczuwając nadal ogromne pożądanie.
   - Pójdę już. - powiedziała. Wstała z ławki, poprawiając sukienkę.
   - Nie chcę myśleć o tobie w taki sposób.
   Nagle ją zatkało.
   - W jaki sposób? Chcesz mnie obrazić?
   Józek po fakcie zoriętował się, że powiedział coś, za co będzie musiał zapłacić.
   - Przepraszam. Nie chciałbym, żebyśmy się tak rozstawali. Pozostaniemy przyjaciółmi? - brnął dalej.
   - Mogłabym zakochać się w tobie w ciągu dwudziestu minut, ale nie sądzę, byśmy mogli zostać przyjaciółmi - odpowiedziała, patrząc na niego, ledwie rozpoznając w ciemności.
   Siedział na ławce jak wielkie nieporadne dziecko.
   - No to trzymaj się i nie idź za mną. - Odwróciła się wściekła, czując, że za chwilę się rozpłacze.

   Gdy się oddalała, Józek dźwignął się z ławki. Czuł się jak porażony prądem. Wiedział, że stało się coś strasznego, ale nie rozumiał jeszcze co. Ruszył za nią, zataczając się jak pijany. Gdy upewnił się, że wyszła z parku na oświetloną ulicę, zawrócił i błąkał się po mrocznych alejkach. Chciało mu się ryczeć. Ryczał by tak, jak ryczy jeleń za swoją łanią, a gdy już był pewien, że jest największym głupcem na całej kuli ziemskiej, chciał tłuc głową o drzewo do utraty świadomości.
   W końcu wyszedł z parku przygarbiony, niosąc na swoich plecach nowy garb życiowej porażki. Wsiadł do pierwszego autobusu jadącego na kopalnię i obserwując umykający, mroczny świat za szybą porównywał go do swojego życia.

 

    Godziny mijały i szychta zbliżała się do końca. Silnik ładowarki od pewnego czasu pracował nie równo, ale Józek nie zwracał na to uwagi. Wykonywał bezwiednie wyuczone przez lata czynności. Jechał na przodek, gdzie wbijał się ładowarką w urobek. Nabierał pełną łychę rudy. Zawracał i jechał na kratę. Tam wysypywał urobek, zawracał i jechał z powrotem na przodek po kolejną partię rudy.
   Cały czas rozmyślał o sobie, o swoim życiu pustym i jałowym.
   Po śmierci rodziców, którzy zginęli w katastrofie kolejowej, gdy miał pięć lat, przygarnął     go wujek - samotnik, mieszkający na skraju niewielkiej, mazurskiej wioski. Jedynym zajęciem i rozrywką  oprócz szkoły do której miał sześć kilometrów, było walenie w klawisze starego fortepianu zajmującego w całości największą izbę chałupki, lub przysłuchiwaniu się waleniu   w klawisze przez wujka.
   Józek przymknął oczy. Pozwolił maszynie jechać głębokimi koleinami chodnika. Wspomnienia uleciały, a głowę wypełnił mu znowu głos prześladujący go przez ostatnie godziny: - Co ty wyprawiasz człowieku?

   - To nie moja wina - powiedział na głos w odpowiedzi. - Przecież radzę sobie. Nie poddałem się i nie przegrałem, choć mam potężnego przeciwnika. To Los odebrał mi rodziców, a jednak skończyłem szkołę. Umiejętnościami i talentem pokonałem konkurentów. Gdy byłem             na szczycie, znowu Los odebrał mi kogoś, kogo kochałem, bez kogo nie mogłem istnieć.   Gdyby Maria nie umarła, wszystko potoczyłoby się inaczej. To ona wiązała mnie ze światem swoim uczuciem. Była nauczycielką muzyki, ale była dla mnie jak matka. Bo ze światem         nie wiąże tryb życia, warunki materialne, cudza dobroć, nawet przekonanie, że jest się temu światu potrzebny, ale uczucie. I teraz gdy pokochałem Hankę całą duszą, to już Los mi             to uczucie zabiera, wydziera  i z niego ograbia…

   Silnik ładowarki na chwilę przerwał swą nierówną pracę, potem znowu załapał na moment, po czym zatrzymał się na dobre. Józek zdążył jeszcze wcisnąć sprzęgło i na luzie zjechać pod ścianę chodnika. Klnąc na mechaników, poszukał w skrzynce płaską “dziesiątkę”. Zeskoczył     z kabiny na błotniste podłoże chodnika i zabrał się za odpowietrzanie układu paliwowego.       Po pewnym czasie usłyszał hałas zbliżającej się maszyny. Dobrze że zostawiłem mu przejazd, pomyślał. Przysunął się jak najbliżej gorącego silnika, nie przerywając odpowietrzania pompy paliwowej. Jestem schowany we wnęce pomiędzy kołem, a katalizatorem, ale czemu ten idiota nie zwalnia, myślał gorączkowo, słysząc, jak nadjeżdżająca ładowarka, zaczęła go mijać             z hukiem luźnych sworzni i rozklekotanej stali. Nagle poczuł szarpnięcie i jakaś potworna siła wyrwała go zza koła i rzuciła o katalizator. Odbił się od niego i upadł na ziemię pomiędzy koła. Czuł jeszcze, że jest tłamszony jakby znalazł się w bębnie pralki. Z jego piersi wydarł się nieludzki krzyk, i stracił przytomność.  

 

   Wszystko trwało kilka sekund. Mijająca Józka maszyna jakąś wystającą częścią zahaczyła     o sztywny przewód biegnący z akumulatora umieszczonego z tyłu, na pasku spodni, do lampki na jego kasku. Widocznie to spowodowało, że wychylił się zza koła. Wtedy inna część maszyny chwyciła go za ubranie, rzuciła o katalizator, potem na ziemię pomiędzy ładowarki.               Całe szczęście, że pomiędzy i ta wąska szczelina między kołami ocaliła mu życie. Zanim operator mijającej go maszyny, nacisnął hamulce i zablokował koła, został jeszcze wyniesiony do góry karbami bieżnika, kręcącej się wielkiej opony, a gdy ta stanęła, upadł bezwiednie         w kałużę brudnej wody zalegającą koleinę.
   Marian, operator ładowarki, młody górnik, który nie cały rok fedrował pod ziemią, wyłączył silnik. Wyskoczył z kabiny i sparaliżowany strachem, pochylił się nad stłamszonym ciałem. Trzęsącymi się dłońmi, wodą z kałuży obmył twarz ofiary.

   - Józek, Józiu - szeptał gorączkowo, rozpoznając kolegę. - Jezu, Jezu, co ja zrobiłem, zabiłem człowieka. - mówił rozdygotanym głosem, rozglądając się po otaczających go ciemnościach.
   Rozpiął Józkowi bluzę, rozdarł koszulę na piersi i przyłożył ucho, starając się wyczuć bicie jego serca. Usłyszał je, a chwilę później cichy jęk i zobaczył, że Józek otworzył oczy.
   - Józiu, ja cię nie widziałem, ani twojej lampki. Dobrze, że krzyknąłeś, bo pojechał bym dalej. Żyjesz? Żyjesz, powiedz co ci? Możesz mówić?
   Wyprostował skulone nogi Józka. Jedna noga była bez buta, nogawka spodni w strzępach,     a z głębokiej rany ciekła krew.
   Marian urwał spory kawał już i tak poszarpanej koszuli Józka i przewiązał nią krwawiącą ranę na nodze. 
   - Józiu, możesz mówić? Powiedz co cię boli - prosił łagodnym głosem, mocząc kawałek koszuli w kałuży i delikatnie wycierając twarz Józka jedną ręką, drugą rozmazując łzy             na swojej twarzy.
   Józek szerzej otworzył oczy.

   - Ktoś ty? Co się stało? - pytał, dochodząc do świadomości. Oparł ręce o podłoże i próbował wstać, ale zaraz z wyrazem bólu na twarzy położył się z powrotem.
   - To ja Marian. - Marian podniósł leżącą w błocie, cały czas świecącą lampkę Józka                   i poświecił nią na swoją twarz. - Przejechałem cię, ale żyjesz.
   - Józiu. Przesunę cię i pojadę po pomoc. Mogę cię tu zostawić samego? - spytał.
   - Nie. Łyżkę masz pustą, bo słyszałem. Połóż mnie do łyżki i zawieź pod szyb. Tam będą wiedzieli co ze mną zrobić - poradził Józek pewnym i spokojnym głosem.

   Marian delikatnie przesunął Józka na bok chodnika. Podjechał ładowarką, opuścił łyżkę         i wsunął go do niej. Pod głowę i plecy podłożył mu wszystkie miękkie rzeczy jakie znalazł         w dwóch kabinach. Jakiś czas szukał jeszcze Józkowego drugiego buta, ale nie mógł go znaleźć. Znalazł tylko potrzaskane kawałki ochronnego kasku i jego wnętrze rozjechane na placek. Przeżegnał się z trwogą podnosząc wzrok na kamienny strop chodnika. Wskoczył       do kabiny, przymknął lekko łyżkę i ruszył pod szyb. Gdy tak jechał, najostrożniej   jak tylko potrafił nierówną koleiną chodnika, przyszła mu do głowy myśl, aby skręcić na komorę,         do której nie było daleko. 
Na jednym z kanałów zobaczył Krzyśka.
   - Brygadzisto!. Przejechałem Józka, ale żyje!. Wiozę go pod szyb! - zawołał do niego nawet się nie zatrzymując.

   Krzysiek podbiegł do ładowarki. Wskoczył w biegu do łyżki, ukląkł obok Józka, i ujął jego głowę obiema dłońmi. Delikatnie pokręcił głową w obie strony, patrząc Józkowi w oczy. Rzucił jeszcze okiem na całą jego postać, wyprostował się i pogroził pięścią Marianowi.
   - Zasuwaj, ale ostrożnie! - krzyknął do niego. Zeskoczył z łyżki i pognał w kierunku pomieszczenia sztygara. 
   Wieść o wypadku szybko rozniosła się po komorze. Mechanicy przerywali swoją pracę             i podbiegali do wiozącej Józka maszyny. Zaglądali do łyżki, a widząc żałośnie wyglądającego kolegę, pozdrawiali go w różny sposób, dodając mu otuchy.
   Gdy Marian opuszczał już komorę, zobaczył biegnącego brygadzistę, który machał do niego   i coś krzyczał. Zwolnił. Krzysiek dogonił ich, wskoczył do łyżki i usiadł obok Józka.
   - Co się stało? - zapytał z trudem łapiąc oddech.
   - To była moja wina. Stałem na drodze i mnie potrącił- wyjaśnił Józek.
   - Nie zdążyłeś się usunąć? Znowu jechał jak wariat. 
   - Stałem za kołem i mnie nie widział.

   - To za kołem, czy na drodze? - drążył Krzysiek dalej.
   - Mijał moją ładowarkę, a ja stałem za jej kołem na drodze. Sam nie wiem jak to się stało.
   - Bo jechał jak wariat i tak napiszę w raporcie. - podsumował Krzysiek.
   - Co cię boli, możesz się poruszać? - pytał dalej.
   - Próbowałem, ale boli mnie krzyż.
   Krzysiek pokiwał głową.
   - Sztygar już dzwoni na górę. Jak wyjedziesz będzie na ciebie czekała karetka i szybko           do szpitala.
   - Ładowarka stoi niedaleko K-12. Przypilnuj mechaników i niech w końcu doprowadzą         ją do porządku, bo nadal się zapowietrza - powiedział Józek ze złością unosząc się na łokciach.

   - Nie masz większych zmartwień. - Krzysiek położył dłoń na jego piersi i delikatnym naciskiem zmusił, aby leżał na prowizorycznym posłaniu.
   - Leż spokojnie, niech lekarz najpierw obejrzy twój kręgosłup - dodał.
   Po dłuższym czasie jazdy w milczeniu Krzysiek odezwał się.
   - Kogo mam powiadomić o twoim wypadku. 
   - Nie musisz nikogo powiadamiać. I tak narobiłem niezłego zamieszania - odpowiedział Józek wyczuwając intencję kolegi.
   Krzysiek przyjrzał mu się uważnie.
   - Po wczorajszym wieczorze sądziłem, że jest ktoś, kogo zmartwi twoje nieszczęście.
   Nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi, spytał jeszcze.
   - To co się musi stać, abyś potrzebował kogoś bliskiego, co byłby ci życzliwy i pomógł             w nieszczęściu? 
   - A ty masz takiego bliskiego?

   - Oczywiście, mam rodzinę.

   - Nikt nie ma naprawdę bliskiego, to tylko pozory. Gdy dotknie cię nieszczęście.               Czego ci nie życzę. Nieszczęście trwające latami, wtedy przyznasz mi rację. Zostaniesz sam        i dobrze jeśli nauczysz się polegać na sobie, bo nie czas w nieszczęściu szukać bliskich osób. Cały czas trzeba stać na własnych nogach, choć być może nie będziesz ich miał. Stać twardo   na ziemi, do ostatniego dnia w którym ze śmiercią będziecie załatwiać swoje ostatnie sprawy. - Józek wyrzucił z siebie potok słów, jakby usprawiedliwiając ostatnie wydarzenia.
   - Bredzisz. Znam życie i widziałem wczoraj na własne oczy, że Hanka jest dla ciebie ostatnią nadzieją na normalność. A ze śmiercią to nie wyjeżdżaj, bo pełno jej wokół nas. - Krzysiek starał się panować nad swoim głosem, utrzymując przyjacielski ton.

   - Hanki w to nie mieszaj. - Józek odwrócił głowę. Przesuwając smutnym wzrokiem po stropie chodnika, mruknął pojednawczo.
   - Widocznie nie byliśmy sobie pisani, jeśli między nami jeszcze nic się nie zaczęło, a już wszystko skończyło. 
   Pozostałą drogę jechali w milczeniu, nie rozumiejąc jeden drugiego. Tylko wtedy,               gdy ładowarka podskakiwała na jakiejś nierówności i mocniej zatrzęsła łyżką, Krzysiek rzucał Marianowi groźne spojrzenie i pokrzykiwał na niego: - Uważaj gamoniu! - lub używał jeszcze bardziej obraźliwego epitetu. 

   Gdy podjeżdżali pod szyb, podbiegło do nich dwóch górników ze składanymi noszami. Widać było, że byli już poinformowani o wypadku i czkali na nich. Jak tylko Marian zatrzymał ładowarkę i opuścił łyżkę, sprawnymi ruchami wysunęli z niej Józka i ułożyli na noszach,       po czym cała czwórka pośpiesznie zaniosła go do windy.
   - Mam do ciebie prośbę - odezwał się Józek do Krzyśka gdy zobaczył, że ten nie zostaje         na dole, lecz po kilku słowach zamienionych z Marianem, wsiada do windy razem z nim             i dwoma ratownikami.
   Krzysiek nachylił się nad nim z życzliwą miną i czekał na dalsze słowa.
   - Dam ci klucz do moich rzeczy. W torbie jest reklamówka, włóż do niej moje ubranie wyjściowe i podaj mi przed odjazdem karetki. - mówił Józek, szukając po kieszeniach klucza. 

   - To jak, podasz mi to ubranie? - powtórzył, widząc, że ten przygląda mu się nic nie odpowiadając. 
   - Mówiłeś, że masz jakąś prośbę. - Krzysiek rzucił mu zrezygnowane spojrzenie, wziął klucz, wyprostował się i wdał się w rozmowę z ratownikami.
   Na górze czekała już karetka do której w pośpiechu wsunięto Józka i gdy tylko Krzysiek przybiegł z reklamówką i podał ubranie, popędziła na sygnale w stronę lubińskiego szpitala.

 

   W salce było cicho i przytulnie. Tylko od czasu do czasu w uchylanych drzwiach pojawiała się zatroskana pielęgniarka, która nieustannie dopytywała się czy czegoś nie potrzebuje. Gdy zapewniał ją, że naprawdę jest mu dobrze, to i tak  wchodziła do pomieszczenia, udając, że ma coś bardzo ważnego do zrobienia. Poprawiała zasłonę, albo przesuwała z miejsca na miejsce taboret, później przykrywała go starannie kołdrą i z nieschodzącym z twarzy wyrazem zmartwienia opuszczała salkę.
   Józek był już po wszystkich badaniach. Leżąc w wykrochmalonej, białej pościeli, wykąpany   i wysmarowany jakimiś kojącymi balsamami, czuł się nie najgorzej.
   Z każdą minutą świadomość wypadku: szczęścia w tym nieszczęściu, docierała do niego coraz bardziej.
   Nigdy nie zastanawiał się nad kruchością swojego życia. Wręcz przeciwnie. Uważał do tej pory, że jest niezniszczalny, że nic mu się złego nie może przytrafić. Wierzył, że to on będzie rozdawał karty, mając przed sobą jeszcze długie lata życia.

    Teraz szukał odpowiedzi na pytania, które wypełniały mu całą głowę:  Losie, kim Ty jesteś? Kto dał ci prawo bawić się mną. Myślisz, że możesz zabijać lub pozwalać żyć? Jesteś mordercą czy moim przyjacielem? - zastanawiał się, wspominając swoje życie pełne wzlotów i upadków.

   - A może Ty robisz swoje, a ja nie robię tego, co do mnie należy, tylko czekam i liczę na ciebie? - Ta myśl coraz bardziej zaczęła zaprzątać mu głowę. - Jestem tylko człowiekiem.       Nie będę się z tobą boksował, ale muszę na ciebie uważać, jak na kogoś przynoszącego zło - skonkludował. 
   - Jestem wolnym człowiekiem. - Józek wypowiedział półgłosem ostatnią myśl wyłowioną       z chaosu w swojej głowie. Po pewnym czasie powtórzył ją pewnym, spokojnym już głosem.
   - Tak, jestem wolnym człowiekiem i więcej zła nie pozwolę sobie wyrządzić ani Tobie potężny Losie ani Twoim poplecznikom, choćby moja pozostała część życia miała trwać tylko chwilę.
   Józek opadł na poduszki i rozluźnił spięte podświadomie mięśnie. Poczuł spokój w głowie     i ukojenie w całym ciele. Nawet rana na nodze przestała rwać i wydało mu się, że bóle w dolnej partii kręgosłupa stały się całkiem do zniesienia.

   Zadał sobie w duchu pytanie, czy tej poprawy samopoczucia nie popsuje wizyta lekarza, który wszedł do sali, usiadł na taborecie przy łóżku i przez dłuższą chwilę przyglądał mu się bez słowa.
   - Panie doktorze, czy będą dobre wiadomości - zapytał niepewnie.
   Lekarz podał mu kilka czarnych klisz zdjęć rentgenowskich. 
     - Chyba tak - zaczął mówić uspakajającym głosem. Według dokumentacji medycznej sporządzonej przez zespół pogotowia ratunkowego, w wyniku potrącenia przez ładowarkę, doznał pan ciężkich obrażeń wewnętrznych oraz zewnętrznych na lewej nodze, ale specjalistyczne badania tego nie potwierdzają. 
   Józek odetchnął z ulgą.

   - Został pan zbadany najnowocześniejszym urządzeniem, jakim dysponuje dzisiejsza medycyna: tomografem i nie wykryliśmy żadnych urazów wewnętrznych. Na zdjęciach rentgenowskich - kontynuował, wskazując ręką klisze, które mu podał - są widoczne obrzmienia i poluzowania wiązadeł kości kręgosłupa na odcinku lędźwiowym oraz miednicy ale jeśli to mają być skutki przejechania przez maszynę, to naprawdę jest pan szczęściarzem.
   Józek chciał się dowiedzieć czegoś więcej.    
   - Więc mogę próbować wstawać pomimo bólu - zapytał.
   - Nie jest to wskazane. Lecz jeśli półtorametrowe koło ładowarki nie wyrządziło panu krzywdy, to nie sądzę, aby zrobił ją pan sobie teraz. 
   - Mogę zatem opuścić szpital?
   - W zasadzie nie. Chciałbym pana zatrzymać u nas na obserwacji.
   - Na jak długo?

   - Tydzień? - powiedział lekarz niepewnie.
   - Panie doktorze. - Józek ostrożnie wysunął nogi z pod kołdry. Postawił je na podłodze             i usiadł na łóżku. - Niech pan mnie wypisze - poprosił spokojnie. - Ma pan rację. Miałem dużo szczęścia, ale szczęściu trzeba pomagać i ja zamierzam to zrobić.
   Lekarz spojrzał na Józka uważnie i powiedział życzliwie patrząc mu w oczy.
   - Znam przypadki pacjentów, którym los dał drugą szansę i oby pan jej nie zmarnował. - Podniósł się z taboretu, gotowy do wyjścia. Wyciągnął rękę.
   Józek uścisnął ją z wdzięcznością.

   - Przekażę siostrze oddziałowej pańską decyzję - dodał jeszcze stojąc w drzwiach. - A siostra Małgosia też nie odmówi panu wszelkiej pomocy - wskazał wzrokiem pielęgniarkę, która ze szczęśliwą miną przysłuchiwała się ich rozmowie.
   Wyszedł, a Józek zaczął szykować się do opuszczenia szpitala. Pozbył się szpitalnych ciuchów, a gdy już był ubrany w swoje ubranie, pierwsze kroki okazały się dość trudne nawet przy pomocy standardowych kul. Nie zniechęcał się tym wcale. Pchany jakąś nieznaną mu nową siłą, czy nadzieją - z zaciśniętymi z bólu przy każdym kroku zębami, po niespełna godzinie opuszczał szpital.

   Gdy minął bramę szpitala, podpierając się niezdarnie kulami, zatrzymała się obok niego karetka.
   - Panie górnik! Wskakuj pan! Właśnie jadę w kierunku pańskiego domu - zawołał do niego kierowca przez uchyloną szybę, śmiejąc się do niego serdecznie.

  

   Było już po ósmej, kiedy Józek zaczął szykować się do snu. Przeleżał całe popołudnie na sofie w pokoju i teraz podpierając się kulą,  przygotowywał łóżko do spania w sypialni. Był już przebrany w piżamę, gdy usłyszał jakieś szmery przy drzwiach i delikatne pukanie.                     Z miną męczennika wziął kule pod pachy, pokuśtykał do drzwi i spojrzał przez “judasza”. Serce stanęło mu na moment, gdy na korytarzu zobaczył Hankę.
   W pierwszej chwili chciał pobiec do pokoju i zarzucić na siebie jakieś przyzwoite ubranie,   ale gdy odwrócił się gwałtownie, syknął z bólu, który przeszył go od stóp aż po czubki włosów na głowie. Chwycił się za klamkę, aby nie upaść i po chwili z zaciśniętymi zębami otworzył drzwi.

   - Cześć Józek. - Hanka przywitała go wesoło, ale na widok jego miny uciekła wzrokiem         w bok.
   - Cześć - odparł, siląc się na uśmiech.
   - Świetnie wyglądasz, mogę wejść? - spytała, nadal nie patrząc mu w oczy.
   - Tak, proszę. - Józek stał nadal w drzwiach zastawiając przejście, trzymając klamkę                 i podpierając się kulami.
   Hanka delikatnie odebrała mu kule, objęła go w pasie zarzucając sobie na ramię jego prawą rękę i odwróciła w stronę mieszkania.
   - No maestro, prowadź! Chyba chcesz się położyć? - spytała z wysiłkiem, czując jego ciężar.
   Józek skierował się w stronę sypialni, a gdy doszli do łóżka, szybko położył się i przykrył kołdrą.
   - Przepraszam - powiedział tylko,  patrząc na Hankę spod kołdry, którą zaciągnął sobie     pod sam nos.
   Hanka chwilę stała niezdecydowana, po czym przysiadła na skraju łóżka.

   - Dobrze wyglądasz - powtórzyła. Wiesz że całe miasto mówi tylko o twoim wypadku? Najpierw opowiadali, że przejechał cię na śmierć. Później, że urwało ci obie nogi, potem,         że tylko jedną, ale jak byłam w szpitalu, to mi powiedzieli, że opatrzyli ci tylko paznokieć           i na własnych nogach poszedłeś do domu.

   - To byłaś w szpitalu? - spytał z niedowierzaniem.
   Hanka spojrzała mu w oczy.
   - Od naszego rozstania w parku, cały czas myślałam o tobie, a gdy usłyszałam o wypadku,     to myślałam, że zwariuję, bo wydawało mi się, że to z mojego powodu wpadłeś pod maszynę.
    - Naprawdę? Cały czas myślałaś o mnie? - Józek powiedział powoli, jak by sam do siebie. Przyglądając jej się gorączkowo, wspominał wewnętrzną walkę, którą stoczył z “Losem” przed i po wypadku. Przeciwnikiem, któremu obiecał wyrównanie rachunków. Pamiętając porażki, szukał teraz w głowie rozwiązań i sposobów, aby i tym razem nie przegrać i nie stracić Hanki po raz drugi.
   Hanka przyglądała mu się, a nie mogąc odczytać konceptu w jego dziwnym zachowaniu, zapytała.

   - Jadłeś coś dzisiaj? Może zrobię ci kolację?
   - Nie, zrób sobie jeśli masz ochotę - zaproponował.
   - Dobrze, to ci zrobię - odpowiedziała i udała się do kuchni.
   Przez jakiś czas słyszał odgłosy otwieranych szuflad i szafek kuchennych, a po chwili poczuł zupełnie nieznane sobie zapachy dobiegające z kuchni.
   W drzwiach do pokoju pojawiła się Hanka wyglądająca ślicznie w fartuszku, który zrobiła sobie z kuchennej ściereczki, zawieszając ją na ramiączkach sukienki i przewiązując w talii jakimś sznurkiem.
   - Gdzie trzymasz chleb - spytała.
   Musiała powtórzyć swoje pytanie jeszcze raz, zanim dotarło do Józka. Patrzył na nią jak       na zjawisko, myśląc bez przerwy, że musi coś zrobić. Zrobić coś wielkiego, nieprzeciętnego, aby i ona nim się zafascynowała. Żeby nie odeszła.
   Podniósł się na łokciach, chcąc zerwać się z łóżka i podbiec do niej, ale ostry ból, który przeszył jego nogi i kręgosłup przykuł go do łóżka. Opadł na nie, czując się jak szmata wypruta z wszystkiego co nadawało się jeszcze do użytku.
   - Na górnej półce, tam gdzie reklamówki - odpowiedział.
   Znowu wygrasz “Losie", pomyślał, czując jak uchodzi z niego powietrze.
   - To ma być chleb. Koń by tego nie jadł! - usłyszał jeszcze niezadowolony głos Hanki dobiegający z kuchni.

   Po kilku minutach Hanka zjawiła się z pachnącą i parującą tacą jedzenia. Jedną filiżankę herbaty postawiła na stole, a do łóżka podała mu wielki, pachnący groszkiem omlet, masę chrupiących grzanek posmarowanych masłem i spory kubek czegoś, co wyglądało jak herbata, ale pachniało jakoś inaczej, przyjemniej.
   - Jestem taki słaby - powiedział ze złością, podkładając sobie poduszkę pod plecy.
   Ujęła jego dłoń i uścisnęła, podając mu widelec.
   Zabrał się za jedzenie. Zjadł wszystko do ostatniego okruszka.

    - To było pyszne. Dziękuję.
   Hanka w milczeniu popijała swoją herbatę.
   - Jesteś doskonała i taka ładna.
   - Daj spokój. - Roześmiała się. Zabrała tacę i położyła na stole, potem pomogła położyć       mu się wygodnie w łóżku.
   Przez chwilę milczeli.
   - Jestem taki zmęczony. - Józek westchnął, czując ogarniający go sen.
   - Śpij mój maestro. - Hanka podniosła się z krzesła.
   - Nie odchodź, proszę - mruknął jeszcze. Zamknął oczy i zapadł w sen.
   Hanka z zakłopotaniem jakiś czas siedziała przy stole. W końcu zdjęła sukienkę i położyła się do łóżka. Przytuliła się do jego potężnego torsu i objęła ręką muskularne ramiona.
   - Teraz już wszystko będzie dobrze - szepnęła. Jesteś silny i dobry. Jesteś wspaniały, tylko     o tym nie wiesz.

   Nie spała. Wsłuchiwała się w jego równy, spokojny oddech całą noc. Nieraz wsuwała rękę pod piżamę i gładziła jego włosy na piersi, a gdy rękę przesuwała w dół po warkoczyku włosów prowadzących za gumę spodni piżamy i Józek zaczynał szybko, głęboko oddychać, rzucając się niespokojnie, przestawała, przytulała się do niego, przenosząc rękę na rozpalony kręgosłup.
   O świcie wstała, ubrała się, cicho zamknęła drzwi za sobą i w pośpiechu udała się do pracy.

 

 

                                                                          cdn.

 

 

29 maja 2016

Stanisław Magot

98 - 400 Wieruszów

ul. Warszawska 113

Zapraszamy do serwisu

tel.  48 668 216 761

tel. 48 62 78  41261

stmagot@gmail.com