Chryzantemy

   Grudzień tego roku był wyjątkowo piękny i ciepły. Słońce z rana ogrzewało zmarzniętą        w nocy ziemię, a potem świeciło całymi dniami na czystym, błękitnym niebie bez żadnej chmurki. Wszędzie czuło się błogi nastrój i wyczekiwanie na te szczęśliwe chwile, które przyniosą białe święta i dni nowego roku.

 

   Wszystko zaczęło się od wizyty u lekarza, na którą Stefan zgodził się, za namową bliskiej znajomej. Mając 65 lat, jak do tej pory z wszystkimi dolegliwościami dawał sobie radę przy pomocy aspiryny, a jeśli już chorował to w taki sposób, że lekarze o tym nie wiedzieli. Ostatnio wiele pracował, pomagając synowi przy budowie nowego domu, to też bóle, które odczuwał w okolicy lewego barku, wydawały mu się konsekwencją tej pracy. 

   Gdy lekarz podczas wizyty powiadomił go, że wystąpiło u niego zapalenie okołostawowe      z powikłaniami, po czym zaproponował leczenie w szpitalu, był bardzo zaskoczony                    i wewnętrznie skołowany.
   W domu długo rozważał propozycję swojego lekarza.

   Od paru lat po śmierci żony, która zmarła po ciężkiej i przewlekłej chorobie; do końca

niezidentyfikowanym guzie  mózgu, czy jakimś innym świństwie, żył samotnie.
   Napatrzył się dość na jej męczarnie i wysiłki utrzymywania przy życiu. Wizyty u lekarzy, godziny spędzone w kolejkach do specjalisty, oraz poszukiwania coraz to nowych lekarstw.    

   Propozycja pójścia do szpitala wyglądała zachęcająco. Przekonanie, że zajmą się nim fachowcy, że nie będzie kłopotu z lekarstwami, lekarskimi wizytami i chodzeniem na zabiegi przeważyło i na trzeci dzień po wizycie zgłosił się do szpitala.

 

   Przez pierwsze dni robiono mu badania. Dostał też zastrzyk z kortyzonu, a na fizykoterapii śliczna pani doktor rozruszała mu już trochę mniej bolące ramie tak, że poczuł się całkiem zdrowy. Podczas porannego obchodu, chyba był to ósmy dzień jego pobytu w szpitalu, pan doktor ordynator powiadomił go, że czekają na ostatnie wyniki badań i jeśli będą pozytywne, może iść do domu, a do szpitala będzie przychodził tylko na zajęcia                         z fizykoterapii.
   Dotychczas jakoś nie miał nawet chęci wyjrzeć przez okno, choć jego łóżko było ustawione tuż przy nim. Leżał, wypoczywał i dużo rozmyślał.

   Myślał o swoim życiu, a najwięcej o swoim jedynym synu.

   Janek był dla niego wszystkim i bardzo był z niego dumny.

   Po ukończeniu studiów  z matematyki jego ukochany jedynak, rok pracował na uczelni, potem się zwolnił. Wyjechał do Anglii, gdzie szybko znalazł pracę w swoim zawodzie. Zatrudnił się jako konsultant w firmie konsultingowej. Po pół roku od jego wyjazdu urodził się Przemek. Ściągnął wtedy do siebie Barbarę, swoją żonę, która zabrała oczywiści ze sobą malutkiego wnuczka. Mieli tam ładne mieszkanie i syn dużo zarabiał. Po niecałych trzech latach pobytu wrócili do kraju. Firma, w której pracował, otwierała w Polsce filię, a gdy zaproponowano Jankowi stanowisko kierownika jednego z nowo tworzonych działów, zgodził się. Mieszkał i pracował teraz w Warszawie - był ,,kimś".
   Myślał też o Sabinie i o 25 latach swojego małżeństwa, które gdyby nie jej choroba, mogłyby być, najpiękniejszymi latami jego życia.

 

   Dni mijały, a nikt z personelu nie powiadamiał go o wynikach badań. Zauważył natomiast zwiększone dawki leków, które mu podawano.

   - Coś musi być z moimi wynikami nie dobrze. Ile mi tu jeszcze przyjdzie leżeć? - zastanawiał się coraz bardziej sfrustrowany.

   Zaniepokojony, zapytał lekarza podczas porannego obchodu o swój stan zdrowia, lecz gdy ten zbył go wykrętną odpowiedzią, nie dał za wygraną. Załatwił z pielęgniarką wizytę              u ordynatora i po niecałej godzinie zapukał do drzwi gabinetu naczelnego medyka.

   Gdy wszedł, ordynator przeglądał jakieś akta, ale zaraz je odłożył. Przywitał go serdecznie, wskazał fotel po drugiej stronie biurka, a gdy Stefan usiadł, spytał o cel wizyty.

   - Dziesięć dni się już leczę i chciałbym wiedzieć, czy zdrowy spędzę święta z rodziną? - odpowiedział, ufnie patrząc w oczy lekarza.

   Ordynator podrapał się po głowie.

   - Pan..., pan... - usiłował przypomnieć sobie nazwisko.

   - Jarosz - podpowiedział Stefan zakłopotany.

   - A tak. Pan Jarosz. - Ordynator podniósł słuchawkę i zadzwonił do działu z dokumentacją, aby przyniesiono ,,teczkę pacjenta". Po wyjściu pielęgniarki, która zjawiła się z dokumentacją choroby Stefana, zaczął przeglądać papierki i kartki, które w niej były, rzucając od czasu do czasu spod zmarszczonego czoła, krótkie spojrzenia na Stefana, który czując się niepewnie, siedział z drugiej strony biurka na brzeżku fotela z niepewną miną.
   - Panie Jarosz. - odezwał się wreszcie, wstając z fotela. -  W pana przypadku mamy             do czynienia z zapaleniem ścięgna jak i stawu, co wymaga dalszego pobytu w szpitalu. Przeprowadzimy jeszcze badania elektromiograficzne w celu analizy stanu pana barku i podejmiemy odpowiednie leczenie.
   - Badania  elektro... elektro... - Stefan zbity z tropu, gubił się w swoich myślach. 

   Ordynator wstał, obszedł biurko i podszedł do niego. Położył rękę Stefanowi na ramieniu, po czym odezwał się głosem pełnym patosu:  - Kochany panie Stefanie. Dzisiejsza medycyna dokonuje cudów. Poradzimy sobie z tym pańskim stawem. - zamyślił się, a po chwili patrząc już w okno z ledwo wyczuwalną nutką jakby zwątpienia w głosie, mówił dalej. - Oczywiście przy pomocy naszych specjalistów, ale niech pan nie zapomina, że w większości przypadków to pacjent ma własne zdrowie w swoich rękach.
   Radząc mu jeszcze, aby nie zaniedbywał zajęć fizykoterapii, odprowadził go do drzwi.

 
   Po powrocie do swojej sali Stefan usiadł na łóżku i zapatrzył się w świat za oknem. Choć był już grudzień, było ciepło. Za oknem panowała ładna słoneczna pogoda. Na ulicy, która znajdowała się przy szpitalu, panował niewielki ruch. Od czasu do czasu jakiś samochód podjeżdżał pod bramę przed portiernię szpitala. Wysiadali wtedy z niego ludzie     i albo sami, albo przy pomocy drugiej osoby zmierzali do izby przyjęć. Na drugiej stronie ulicy znajdował się niewielki domek. Kwiaciarnia, pomyślał, gdy zobaczył jak młoda, ładna kobieta wynosiła z wewnątrz różne kwiaty, po czym układała je przed budynkiem, po obu stronach przejścia do drzwi wejściowych. Kwiaty z okna drugiego piętra na którym znajdowało się okno przez które spoglądał, jako całość tworzyły dwa piękne, kolorowe dywany z niepowtarzalnymi wzorami.

   Pozostały czas do obiadu spędził przy oknie, podziwiając piękne chryzantemy, rozmyślając o czekających go dniach w szpitalu. Trzej pacjenci, którzy zajmowali pozostałe łóżka w sali, byli od niego starsi, bardziej chorzy i najczęściej leżeli, pojękując lub mamrocząc coś, nie wiadomo czy do siebie, czy do kogoś. Wieczorem zajrzał do sali telewizyjnej. Spotkał tam znajomego, który trafił do szpitala z powodu złamanej nogi. Siedzieli w ostatnim rzędzie krzeseł, rozmawiając półgłosem, przeważnie o tym, że oboje mają dość szpitala. Gdy zbliżyła się pora wiadomości wieczornych, sala wypełniła się chorymi. Po wiadomościach wybuchła kłótnia o pilota, którego ktoś schował, a każdy chciał oglądać co innego. Stefan więc pożegnał się ze znajomym i wrócił do swojej sali. Położył się na łóżku i zaraz zasnął, starając sobie przypomnieć sens słów znajomego, gdy mówił o tym, że zwieje stąd nawet na jednej nodze     i że na chryzantemy oraz trumnę ma jeszcze czas.


   Na drugi dzień, gdy zrobił wszystko, co należało do obowiązków pacjenta, usiadł przy oknie i wzrok skierował od razu na domek po drugiej stronie ulicy. Nad jego wejściem znajdował się czarno-złoty szyld. Wytężył wzrok, ale z odległości drugiego piętra nie mógł go odczytać. Szczęśliwym trafem okulary sąsiada, który zajmował łóżko obok, działały jak lornetka         i po piętnastu minutach udało mu się, ze złotych liter złożyć napis - TRUMNOŚWIT. Z niedowierzaniem z twarzą przyklejoną do szyby, kilka razy sprawdzał litery na różne sposoby, ale napis był właśnie taki: TRUMNOŚWIT.
   Stefan położył się na łóżku, nakrył się kołdrą oraz kocem, bo zrobiło mu się zimno. Jakąś chwile leżał, nie myśląc o niczym, ale po pewnym czasie, ponure myśli wypełniły mu głowę.

   - Trumnoświt, świt w trumnie? - doszukiwał się sensu w rozpoznanym słowie. - Trumnonoc, Trumnomrok raczej, a najlepiej Trupiarnia. Przypomniał sobie budynek na zapleczu kompleksu zabudowy szpitala. - Czy tam trafię niedługo - rozmyślał.

   Siłą woli odpędził te posępne myśli od siebie i udało mu się zasnąć. Gdy się obudził, spojrzał na zegarek, stwierdzając ze zdziwieniem, że przespał połowę dnia. Minęła już pora obiadu, więc nie miał lepszego pomysłu, niż pozostanie w łóżku.

   Po chwili myśli wróciły. Przypominały czarne ptaki i jak stado wron, zaczęły krążyć nad jego głową. Zbliżając się, lądowały i zagnieżdżały pod czaszką, przybierając postacie trumien, cmentarnych kwiatów, świeżych grobów dopiero co zasypanych ziemią, przykrytych wiązankami chryzantem. Jeden z ptaków, gdy wylądował na takiej świeżej mogile, pozostał nadal wroną. Większą od innych, nienaturalnie chudą z ostrymi silnymi szponami i czarnymi jak smoła oczami, którymi wpatrywał się w Stefana.
   Stefan też patrzył w te oczy i nie mógł oderwać od nich wzroku. Znał to spojrzenie.             Tak patrzył na niego ten młody chłopak, zagwożdżony fotelem w karoserii swojego rozbitego samochodu, po uderzeniu w drzewo. Dzieciak, którego nie udało mu się uwolnić i uratować, zanim przybyła spóźniona pomoc. Tak patrzyła na niego Sabina, kurczowo ściskając jego rękę gdy odchodziła.

 

   Pacjent leżący obok ze zdziwieniem patrzył jak Stefan, niczym wysportowany młodzieniaszek zerwał się z łóżka i stanął na podłodze, ciężko oddychając.
   - Sąsiad wygląda raczej na biegacza, który ukończył maraton niż na chorego - wymamrotał z lekką nutką zazdrości.
   - Eee, nie, to tylko zły sen - odburknął. Włożył kapcie i na miękkich już nogach skierował się w stronę drzwi.
   - Taa, przyśniły się chryzantemy. - Dobiegł go jeszcze głos drugiego pacjenta.
   Po wyjściu z sali usiadł na krześle przy małym stoliku w zakamarku korytarza.

   - "Sen mara - Bóg wiara" - powtarzał w kółko powiedzenie, które słyszał kiedyś i teraz przyszło mu do głowy. - Musiałem zasnąć, a czułem się jak na jawie. Byłem w półśnie -

tłumaczył sobie niedawne przeżycie. Uspokoił się nieco i poszedł do sali telewizyjnej. Było chyba już po drugiej godzinie w nocy gdy zdecydował się na powrót do łóżka.

 

   Na drugi dzień, gdy otworzył oczy, za oknem znów była ładna pogoda i słońce zaglądało     do sali. Była niedziela. Ostatnia niedziela przed świętami.

   Po obiedzie leżąc w łóżku, gdy spojrzał na otwierające się drzwi, na jego twarzy zagościł pierwszy uśmiech od czasu, gdy znalazł się w szpitalu. Zobaczył w nich Janka, Barbarę            i Przemka. Na próby usprawiedliwiania się Janka, że z powodu swej pracy, a także budowy, którą musi teraz prowadzić samodzielnie, nie mogli wcześniej przyjechać, uśmiechnął się tylko, wyciągając pomimo bólu w barku, obie ręce po wnuczka. Ten przytulił się do niego        i szepnął mu do ucha:
   - Dziadziu, tatuś powiedział, że nie ma rąk, bo jedną stracił, jak wyjechałeś, a drugą             jak walnął się młotkiem w palec.
   Stefan dopiero teraz zobaczył czarny paznokieć i fioletowy palec lewej ręki syna. Podczas wizyty bawił się z wnuczkiem i z troską w głosie wypytywał, jak sobie radzą, a szczególnie martwił się budową, zarzucając sobie, że z powodu "jakiejś tam choroby" nie może                 im pomagać. O swoich sprawach, o barku, z którym nie wiadomo co dalej, mówił niechętnie, zapewniając, że wszystko jest pod kontrolą, oraz w najlepszym porządku.

   Gdy zbliżał się koniec wizyty, Janek podarował mu nową komórkę, prosząc aby w razie jakichkolwiek problemów zaraz do niego dzwonił.


   Kolejne dni mijały, a w jego chorobie nie następowały żadne zmiany. Ból nie ustępował. Stefan unikał poruszania ramieniem, bo wszelkie ruchy jeszcze bardziej go potęgowały. Teraz coraz więcej czasu spędzał w łóżku, starając się nie wyglądać przez okno, aby czasami nie napotkać wzrokiem "tego czegoś", tam po drugiej stronie ulicy.

   Niedawno, przez nieuwagę wyjrzał przez okno, zauważył "to coś" i myśli o śmierci znów starały się dostać do jego głowy.


   W pierwsze święto Bożego Narodzenia odwiedziła go znajoma. Wpadła jak burza, wnosząc zapach świątecznego ciasta, perfum oraz normalnego świata. Podeszła do łóżka, pełna życia, optymizmu, naładowana dobrymi chęciami, ale gdy przyjrzała się wymizerowanej twarzy Stefana i spojrzała w jego przygaszone oczy, zmieniła się w bezwietrzną pogodę. Przysiadła   na krzesełku, po czym ze spokojem oraz rozwagą wypytywała o jego zdrowie.
   Próbował jej powiedzieć, dlaczego nie czuje się dobrze.

   - Nie chodzi w tym wszystkim, o bolącą górną połowę mojego ciała, ale o psychikę, z którą nie daję sobie rady. - tłumaczył, najprościej jak umiał. Wszystkimi nadającymi się do tego zmysłami usiłował skierować jej uwagę na pozostałych pacjentów sali, jakby prosił ją o to, żeby znalazła wyjście, jakiś sposób na to, aby i on za jakiś czas nie wyglądał podobnie. Szybko jednak odkrył bezcelowość swojego postępowania, które jemu samemu wydało się żałosne     i z niecierpliwością czekał końca wizyty, odpowiadając tylko zdawkowo na jej pytania.

 

   W następnych dniach choroba zaczęła przechylać szalę na swoją stronę. Poruszanie stawem barkowym stało się zupełnie nie możliwe. Unieruchomiono mu rękę na temblaku oraz poinformowano, że czeka go operacja usunięcia zrostów.
   Leżał teraz cały czas w łóżku, rozmyślając, o tym co się z nim stało.
   Życie stawiało przed nim zawsze jakieś problemy. Wyzwania, z którymi musiał się zmierzyć. Jak do tej pory pokonywał te trudności z powodzeniem. Szedł przez życie jak kombajn przez pole kukurydzy. Nie skręcając na boki, pozostawiając za sobą ład i porządek. Gdy zmierzał do wyznaczonego celu, nic nie było w stanie mu w tym  przeszkodzić. Dlaczego teraz przegrywał z chorobą? Powaliła go na kolana i nie miał siły ani pomysłu, żeby z nią walczyć i próbować stanąć na nogi. Zdawał sobie sprawę z lęków, jakie odczuwał z niewiadomego powodu, które potrafiły przemienić się w rozpaczliwy strach. Ale czego się boi. Przecież jest pod opieką lekarzy oraz wykwalifikowanego personelu szpitala. Czyżby celem, do którego teraz zmierzał, byłby ten TRUMNOŚWIT...
   Natłok bezładnych myśli kłębił się w jego głowie, a nie widząc rozsądnego wyjścia, oblewał się potem i czuł jak serce, bijąc jak oszalałe, podchodzi mu do gardła.

 

   Czas do operacji, która czekała go pod koniec stycznia, dłużył mu się niemiłosiernie.   Stracił apetyt i jak kiedyś zapachy roznoszonych posiłków wywoływały u niego przyjemne skojarzenia oraz szybkie ruchy, aby jak najprędzej znaleźć się przy swoim stoliczku,                na którym jadł, to teraz na samą myśl o jedzeniu z trudem powstrzymywał się od wymiotów. Osłabł, a jeśli musiał wstać z łóżka, to robił to bardzo niechętnie. Sam wiedział o tym,              że właściwie już nie chodzi, tylko powłóczy nogami.
   Kilka razy brał  do ręki telefon i wybierał numer do Janka, ale nie mógł zdecydować się     na połączenie. Postanowił w końcu, że zadzwoni po operacji, gdy będzie miał lepsze wiadomości. Komórkę rzucił do szufladki stolika, który stał przy łóżku, potem już jej nawet nie ładował.
   Powiadomienie o konkretnym terminie operacji przyjął z ulgą, myśląc o wszystkim najlepszym, co będzie go czekało po zabiegu. Był przekonany, że odzyska sprawność ramienia, później przyłoży się do ćwiczeń na fizykoterapii i krok po kroku zacznie pracować nad sobą, aby znaleźć siły do walki z chorobą. Zmroziło go na chwilę i zimny nieprzyjemny dreszcz przebiegł mu po plecach, gdy jakaś  myśl, przypominająca czarną wronę, zatrzepotała skrzydłami nad jego głową, a przed oczami mignął mu złoty napis TRUMNOŚWIT. Opanował opanowujący go niepokój, zacisnął zęby oraz pięści i był gotów.

 

   Po operacji przewieziono Stefana do jednoosobowej sali z szerokimi oszklonymi drzwiami. Wybudzono go ze znieczulenia i po sprawdzeniu wszystkich przyrządów, które były podłączone do jego ciała, cały personel lekarski opuścił pomieszczenie. Pozostała tylko pielęgniarka w salce obok, która przez te oszklone drzwi, zaglądała do niego, zajmując się jednocześnie innymi sprawami oddziału.

 

   Stefan budził się powoli ze śpiączki. Słyszał wokół siebie przytłumione głosy i żałobny śpiew prowadzącego ceremonię. W końcu zebrani nad nim ludzie zaczęli wypowiadać słowo: Amen, Amen, Amen, po czym oddalili się, pozostawiając go samego z zapachem chryzantem oraz świeżo rozkopanej ziemi.
   Leżał spokojnie z zamkniętymi oczami, rozkoszując się ciszą, która go otaczała, a także uczuciem, że od dawna nie było mu tak dobrze. Chciał poruszyć rękoma, ale tylko prawa ręka, była mu posłuszna. Unosząc ją, natrafił na drewnianą barierę. Pogładził czule wypolerowane drewno, potem starannie poprawił koronki, którymi było przykryte. Wolno otworzył oczy i osłupiał.

   - Zapomnieli przykryć trumnę wiekiem - pomyślał, wykrzywiając głowę na bezchmurne białe niebo nad sobą, nie wiedząc, czy ma się z tego cieszyć, czy smucić. Nagle usłyszał jakiś szelest. Wstrzymał oddech i przymknął oczy. Spod niedomkniętych powiek zauważył "Wronę", która zbliża się do niego, pochyla nad nim i uważnie mu się przygląda.

   - Krs-kra-kraa - wystękała ciężko. Potem nagle zatrzepotała skrzydłami i chwyciła go za głowę swymi mocnymi szponami. Puściła go, po czym zaczęła poprawiać wieńce oraz wiązanki chryzantem porozrzucane wokół grobu.
   Nie oddychać, nie oddychać... niech myśli, że nie żyję, kombinował w myślach, jednocześnie zastanawiając się, dlaczego przebrała się w biały fartuch.

 

   Pielęgniarka gdy zauważyła, że pacjent prawą ręką zaczął poprawiać prześcieradło po, czym energicznie wykręcił głowę, oderwała się od swoich zajęć, poprawiła czepek, spinając nim swoje czarne długie włosy i weszła do sali. Przyjrzała się Stefanowi uważnie, potem                  z wysiłkiem uniosła mu barki i głowę, poprawiając poduszkę. Poprawiła pościel, sprawdziła przyrządy oraz wskazania na aparaturze i wyszła, zamykając bezszelestnie za sobą drzwi.

 

   Do sprawności umysłowej Stefan dochodził powoli.
   Jego organizm źle zareagował na leki znieczulające. Poza tym myśli o śmierci, które przed operacją całymi siłami swej woli starał się nie dopuścić do swojej głowy, w czasie narkozy uwolniły się, opanowując na dobre jego umysł. O planach walki z chorobą, a także                   o wysiłkach, które miał podjąć po zabiegu, aby starać się powrócić do zdrowia, całkowicie zapomniał. Leżał teraz ze wzrokiem utkwionym w sufit, najczęściej myśląc o kwiatach             i wieńcach, którymi znajomi udekorują jego grób. Denerwowało go tylko to, że gdy widział swoją mogiłę, to na wetkniętym w świeżo uklepaną ziemię krzyżu, zamiast jego nazwiska widoczny był napis TRUMNOŚWIT.
   Fizycznie czuł się nie najgorzej. Nic go nie bolało, jeśli się nie ruszał. Spokój, jaki panował w jego izolatce, był dla niego nieoceniony i za żadne skarby nie zamieniłby go na powrót      do swojej poprzedniej, czteroosobowej sali.
   Do dwóch pielęgniarek, które pełniły dyżury na oddziale pooperacyjnym, już się przyzwyczaił i na ich miłe, przyjazne zachowanie starał się też być uprzejmym, na ile pozwalała mu choroba. Trzecia kruczowłosa pielęgniarka oddziału wywoływała nadal u niego stany halucynacji oraz udawanie umarłego.
   Zdawał sobie sprawę z tego, że jego zachowanie jest chore, bardziej niż choroba gojącego się barku; ale myśli o śmierci były silniejsze od niego. Pogodził się już ze swoim losem, biernie czekając na nadejście TRUMNOŚWITU.

 

   W połowie stycznia Janek zaczął niepokoić się o ojca. Ojciec nie dzwonił, a gdy on sam próbował połączyć się z numerem komórki, którą mu podarował, za każdym razem słyszał komunikat, że połączenie jest niemożliwe z przyczyn niezależnych od operatora. Wprawdzie podczas wizyty ojciec zapewniał, że wszystko jest pod kontrolą, ale przypomniał sobie teraz jego wygląd i naszły go obawy co do jego słów.
   Praca, tylko praca, myślał, zamartwiając się coraz bardziej, szukając wyjścia             z sytuacji.
   W końcu, któregoś dnia, chyba było to dwudziestego stycznia, podjął decyzję. Poszedł       do szefa, opowiedział mu, jak się sprawy mają, po czym poprosił o dwa dni wolnego.

   Niestety, spotkał się z odmową a właściwie z tylko częściową akceptacją swej prośby,            bo zgoda na wyjazd dotyczyła dni na początku lutego. Jak na szpilkach doczekał wyznaczonego terminu, po czym zapakował niezbędne rzeczy do samochodu i popędził        na spotkanie z ojcem.

 

   Janek na miejsce dotarł przed jedenastą. Zatrzymał się przed szpitalem, szukając wzrokiem miejsca, gdzie mógłby zaparkować. Po prawej stronie drogi obowiązywał zakaz postoju.         Po lewej znajdowała się zatoczka do parkowania, biegnąca wzdłuż drogi, ale wszystkie miejsca przeznaczone do parkowania były już zajęte. Podjechał kawałek i zatrzymał się obok portierni. Zgasił silnik i podszedł do okienka.
   - Dzień dobry. Tylko pięć minut.
   - Panie ... - Portier podniósł się z krzesła w geście dezaprobaty.
   - Góra piętnaście. - Janek podał mu przez okienko banknot dziesięciu złotowy i nie czekając na dalsze jego słowa, szybkimi krokami poszedł do drzwi wejściowych.
   Gdy wszedł do środka, niezdecydowany stał chwilę na środku holu, po czym skierował się   w stronę recepcji, widząc za jej ladą sympatycznie wyglądającą starszą pielęgniarkę.

   - Nazywam się Jan Jarosz. Chciałbym się dowiedzieć coś o stanie zdrowia mojego ojca.  Jest w szpitalu od grudnia.
   - Stefan Jarosz. - Pielęgniarka obdarzyła go ciepłym spojrzeniem. Pana ojciec leży               na oddziale intensywnej opieki medycznej. Jest kilkanaście dni po operacji, ale coś przebiegło nie tak. Dobrze, że pan przyjechał.
   - Pani zna mojego ojca? - Janek trochę się zdziwił, że wszystkie te informacje podała mu     z pamięci.
   - Nie, właściwie nie. - Spuściła oczy i delikatny rumieniec pojawił się na jej ładnej twarzy. - Kiedyś chciałam go poznać - dodała jakby do siebie.
   - Czy mógłbym się z nim zobaczyć?
   - To nie jest możliwe, ale zaraz zadzwonię po doktora Nalberta, od niego dowie się pan wszystkiego. Proszę tam usiąść i zaczekać. - wskazała mu rząd krzeseł pod ścianą. Sama      też usiadła i wdała się z kimś w rozmowę przez telefon.
   - Po około dziesięciu minutach, które dłużyły mu się niemiłosiernie, otworzyły się drzwi     za jej plecami i stanął w nich lekarz. Gdy wyszedł z recepcji, Janek, widząc przyzwalające spojrzenie pielęgniarki, zerwał się na równe nogi i szybko podszedł do niego.
   - Jan Jarosz - przedstawił się, wyciągając dłoń. - Jak on się czuje?
   Lekarz uścisnął Jankowi rękę.
   - Nalbert. Pana ojciec jest na oddziale pooperacyjnym. Operacja poszła dobrze, ale jego stan zdrowia nas zastanawia, a nawet zaczyna przysparzać coraz więcej obaw. Wyniki badań są zadowalające i z medycznego punktu widzenia powinien wracać do zdrowia, ale tak        nie jest.
   - Jak można mu pomóc?

   - Nijak. Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. Teraz sam musi sobie pomóc.
   - Jak to sam? - Janek był zdumiony. - On chodzi? Powinien iść do lekarza, czy co?
   - Nie wiem. Leży i to jest najgorsze. Fizycznie jest sprawny i zdolny do chodzenia,               ale dlaczego nie próbuje wstawać? - Bezradnie rozłożył ręce.
   - Przejechałem blisko trzysta kilometrów, żeby dowiedzieć się, co z nim i czy mogę            mu jakoś pomóc. Mógłbym zobaczyć się z ojcem i porozmawiać? - Janek zapytał z prośbą      w głosie.
   - Niestety, nie. - Lekarz zamyślił się. - Chyba że - mówił jakby sam do siebie, coś rozważając - przenieślibyśmy go na oddział chemioterapii do izolatki. Odłączyli od kroplówki. Moim zdaniem zaraz po operacji powinien być odłączony od całkowitego żywienia pozajelitowego. Wtedy mógłby pan przyjść do niego w godzinach odwiedzin, najwcześniej jutro - zakończył swój wywód już zdecydowanym głosem, patrząc na Janka.
   - Jutro? - Janek kręcił nosem.
   - Naprawdę nie widzę innego wyjścia. - Lekarz podał mu rękę i odszedł.

   Janek został sam na środku holu. Bezradnie spojrzał na pielęgniarkę, która przyglądała   mu się ze współczuciem. Odwrócił się w stronę wyjścia i w zadumie, ze spuszczoną głową wrócił do samochodu.
   Klucze do mieszkania ojca miał, ale myśl o spędzeniu tam bezczynnie czasu do odwiedzin, była nie do przyjęcia. Po rozmowie z doktorem Nalbertem nadal nie wiele wiedział.                 Z medycznego punktu widzenia, według niego, ojciec, który do szpitala trafił z powodu bólu ręki, powinien już dawno być w domu, ciesząc się dobrym zdrowiem. Ale „dlaczego tak nie jest”, tłukły mu się po głowie słowa lekarza. Jeśli nie wiedzieli tego lekarze, to widocznie potrzeba na to innego spojrzenia, niż medyczne. Gdyby mógł zobaczyć się z ojcem  i zamienić z nim parę słów, myślał gorączkowo.
   - Panie, tutaj nie wolno stać. - Wyrwał go z tej zadumy głos portiera.
   Janek wysiadł z samochodu, spojrzał na zatoczkę po lewej stronie ulicy, a nie widząc żadnego wolnego miejsca, podszedł do okienka portierni.
   - Szefie, ja muszę zobaczyć się z chorym ojcem. - Podał mu kolejny banknot dziesięciu złotowy i wrócił do szpitala.
   Gdy podszedł do recepcji, pielęgniarka spojrzała na niego przyjaźnie.
   - Muszę zobaczyć się z ojcem. Mam przeczucie, że jest to sprawa życia i śmierci. Proszę     mi wierzyć, jutro może być za późno. - Wyjął portfel, rozejrzał się po holu, a nie widząc nikogo, położył na kontuarze kilka grubych banknotów.
   - Proszę to zabrać! - Kobieta skarciła go surowym wzrokiem. Przez chwilę przyglądała       mu się bacznie, po czym sięgnęła po telefon.

   Janek zrezygnowany chował pieniądze, nawet nie przysłuchując się jej rozmowie. Po chwili w otwierających się drzwiach recepcji ujrzał młodą pielęgniarkę, a nie ochroniarza jak się spodziewał i odetchnął z ulgą.
   - Madziu, zastąp mnie przez pięć minut - powiedziała do niej recepcjonistka, a do Janka zwróciła się służbowym tonem. -  Dwie minuty, robię to dla Stefana. Proszę iść za mną.
   Szli długim korytarzem, później schodami na drugie piętro. Dalej znowu korytarzem.           W końcu minęli oszklone drzwi, za którymi natknęli się na przystojną pielęgniarkę o pięknych, kruczoczarnych włosach.
   - Cześć Krysiu - pozdrowiła ją recepcjonistka. - Możemy na minutę do twojego pacjenta?   To jest jego syn. - wskazała spojrzeniem na Janka.
   - Ale tylko minuta - odpowiedziała ta, wystraszona. - Jakby lekarz zobaczył, obie wyleciałybyśmy z pracy, wiesz o tym.
   - Dzięki. - Starsza pani otwarła następne przeźroczyste drzwi, umocowane w szklanej ścianie i weszli do niewielkiej salki, gdzie na łóżku stojącym pośrodku, leżał Stefan.
   Janek rozejrzał się niepewnie. Na palcach podszedł do łóżka. Zauważył jakieś urządzenie pod ścianą, kroplówkę i monitor, na którym coś migotało. Ojciec leżał z zamkniętymi oczami. Wargi miał sine, skórę zszarzałą, a z gardła wydobywało mu się charczenie, towarzyszące każdemu wdechowi.
   Wystraszony wrócił do pielęgniarki.
   - Czy on umrze? - spytał ją szeptem.

   - Mam nadzieję, że nie - powiedziała dość głośno, jakby dodając mu odwagi, popychając delikatnie z powrotem w kierunku łóżka. 
   - Tato? - odezwał się cicho, zbliżając się ponownie do ojca, kładąc dłoń na wychudzonej jego ręce.
   Żadnej reakcji.
   - Tato, słyszysz mnie? To ja, Janek.
   Stefan otworzył oczy. Przez dłuższą chwilę przyglądał mu się, nie poznając.
   - Janek? Mój Jasiu? - wyszeptał, patrząc na niego przytomniej.
   - Jak się czujesz, tato?
   - Dobrze.
   - Co mogę dla ciebie zrobić?
   - Trumnoświt - dało się słyszeć z jego ust, wypowiedziane bardzo cicho słowo.
   - Trumnoświt? - Janek powtórzył, patrząc pytającym wzrokiem na pielęgniarkę.
   - Trumnoświt. - Pielęgniarka powtórzyła za nim z namysłem, a jej oczy zrobiły się okrągłe, jakby coś do niej dotarło, po czym skinęła ręką na Janka.
   - Tato, zaraz wrócę, nie poddawaj się. Obiecujesz? - Janek znów uścisnął drętwą rękę ojca.
   - Tak Janku. - Wzrok ojca wyostrzył się, znów przypominał spojrzenie, które pamiętał          u niego zawsze.
   Gdy wyszli z sali, pielęgniarka zamknęła za sobą drzwi i powiedziała bez ogródek.
   - Powinien pan jak najszybciej zabrać stąd ojca.
   Janek przytaknął głową, nie zdając sobie sprawy, o czym mowa.

   - Trumn …
   - Naprzeciwko szpitala - weszła mu w słowo - jest kwiaciarnia o tej nazwie. Już nie jeden pacjent wypisał się z jej powodu.
   - Ale czy ojciec jest w stanie opuścić szpital? - zapytał.
   - Tak, wszystko jest lepsze obecnie dla niego, niż pozostawanie tutaj - mówiąc to, spojrzała na pielęgniarkę o czarnych włosach, szukając u niej potwierdzenia swych słów. - Jeśli nie ma żadnej poprawy, natomiast co dzień jest coraz gorzej, to nie ma się na co oglądać.
   - Z odłączeniem kroplówki nie będzie żadnego problemu - wtrąciła pani Krystyna. - Stan chorego podobno poprawia się, gdy inne koleżanki mają dyżur - dodała zakłopotana.
   - Pozostało więc tylko, załatwić wypisanie u ordynatora, bo tak będzie najszybciej. Decyzja należy do pana - podsumowała starsza z pielęgniarek.
   Janek dwa razy przytaknął głową, przez którą myśli przelatywały jak błyskawice.             Czuł podświadomie, że ufa tej kobiecie bezgranicznie, choć jej w ogóle nie zna. Ale obawy dotyczące bezpieczeństwa ojca nie dawały mu spokoju. Czy ojciec wytrzyma podróż, a jeśli tak, to co dalej? Klinika w Warszawie, a może opieka w domu? Jadąc do ojca, przecież nie brał pod uwagę takiego zakończenia sprawy. Gdy uczepił się myśli, ze dobrze byłoby sprawę trochę odłożyć. Zadzwonić do Barbary, do szefa i przekalkulować to razem na trzeźwo, poczuł się jak dezerter.

   - Jeśli można - zwrócił się do czarnowłosej pielęgniarki. - Chciałbym chwilę porozmawiać   z ojcem, a później zacznę załatwiać wypisanie, tak aby zabrać go stąd jeszcze dzisiaj - dokończył, patrząc zdecydowany w oczy starszej pani.
   Nie usłyszawszy sprzeciwu, otworzył szklane drzwi i podszedł do ojca.
   - Tato, jedziemy do domu - powiedział niepewnie.
   - Dobrze - głos ojca zabrzmiał przytomniej niż poprzednio.
   - Dasz radę?
   - Nie wiem Janku. Taki jestem zmęczony.
   - Zawsze robiłeś wszystko ponad siły i dawałeś radę. Spróbuj jeszcze ten ostatni raz.
   - Dobrze.
   - Przemek nie może się nas doczekać i Barbara z kolacją.
   Ojciec przymknął oczy, a na jego twarzy pojawił się spokój. 
   Janek odwrócił się. W niedomkniętych drzwiach zobaczył pielęgniarki. Uścisnął jeszcze rękę ojca i wyszedł do nich. Recepcjonistka poprowadziła go z powrotem korytarzem. Kiedy zeszli po schodach piętro niżej, pokazała mu ręką kierunek, radząc:
   - W sekretariacie niech pan umówi się na spotkanie z ordynatorem. Później, gdy będzie pan załatwiał odebranie ojca i potrzebował jakiejś pomocy, to proszę przyjść do mnie, będę w recepcji.
   Gdy skinął głową, zeszła na dół zostawiając go samego.

 

   W momencie gdy ścienny zegar wiszący na korytarzu wystukał godzinę drugą, Janek zapukał w drzwi gabinetu ordynatora i wszedł do środka.
   Ordynator przeglądał jakieś akta, ale na jego widok zaraz je odłożył i obrzucił go pytającym spojrzeniem.
   - Mój ojciec Stefan Jarosz od grudnia leczy się tutaj … - zaczął przygotowany  podczas czekania na wizytę tekst, ale widząc nienaturalne pytanie w oczach ordynatora, zmienił ton swojej wypowiedzi na bardziej bezpretensjonalny i przedstawił swoją sprawę prosto z mostu.
   - ... Chciałbym odebrać mojego ojca z tego szpitala. 
   - Pan Jarosz …, Jarosz. Co pana skłania do tego, czy mógłbym wiedzieć? - spytał ordynator, testując go przenikliwym wzrokiem.
   Jankowi na usta cisnęły się dziesiątki odpowiedzi. W końcu wybrał najprostszą.
   - Stan jego zdrowia.
   - Nie rozumiem. Czy pan ma jakieś pretensje, związane ze stanem zdrowia pańskiego ojca do naszego szpitala?
   Janek znowu długo szukał właściwej odpowiedzi, a gdy nie mógł się zdecydować, którą wybrać, odpowiedział pytaniem.
   - Czy moje pretensje pomogą mojemu ojcu?
   - Nie chce pan być ze mną szczery. Łatwo jest naprawić pralkę, telewizor. Z człowiekiem się tak nie da. Nie raz już medycyna okazała się bezsilna - odpowiedział ordynator pojednawczym tonem.
   - To trzeba jej jeszcze podcinać gałęzie? - Janek spojrzał na niego twardo.
   - Na niektóre sprawy, my - szpitale nie mamy wpływu. - Ordynator odwzajemnił mu się takim samym spojrzeniem. Machnął nerwowo ręką, jakby kończył dyskusję.

   - Ale wracając do rzeczy, czy pańska decyzja jest nieodwołalna? - spytał rzeczowo.
   - Tak.
   - Proszę chwileczkę zaczekać. - W uspakajającym geście wyciągnął w jego kierunku rękę,   po czym wykonał dwie rozmowy przez telefon.
   Janek nerwowo spoglądał na zegarek.
   - Szczęście panu sprzyja, jeśli chodzi o pańską decyzję - ordynator odezwał się w końcu, odkładając słuchawkę. - Procedura przenoszenia pana ojca na oddział chemioterapii             już ruszyła i mamy połowę spraw za sobą. Niech pan jeszcze złoży niezbędne oświadczenia w sekretariacie: wypisanie na własne żądanie, oświadczenie o poinformowaniu o skutkach   tej decyzji, gdzie mamy przesłać kartę informacyjną, et cetera.
   - Proszę mi wybaczyć, że nie mogę się zdobyć na słowa podziękowania - mrukął Janek, kierując się do drzwi.
   - Rozumiem, życzę panom wszystkiego dobrego - odpowiedział lekarz i na powrót pogrążył się w aktach leżących na biurku.

 

   Janek westchnął z ulgą, gdy pielęgniarz podał mu torbę z osobistymi rzeczami ojca.
   - Proszę tu podpisać, kopia jest dla pana - powiedział podając mu dwa papierowe arkusze. 

   Podpisał podsunięty dokument, a kopię nawet nie składając, wcisnął do tylnej kieszeni spodni, po czym opuścił magazyn depozytów.

   Idąc korytarzem w kierunku działu chemioterapii, zauważył stojącą przy ścianie ławkę. Przysiadł na niej na chwilę. Oddychając głęboko, obtarł chusteczką twarz, wachlując kołnierzem bluzy spoconą szyję. Dochodziła czwarta, a on miał załatwione wszystko, co było potrzebne, aby odebrać ojca. 
   Kiedy ostatnim razem był na oddziale chemioterapii i podpisywał u kierownika protokół

odbióru pacjenta, pielęgniarka oddziałowa zapewniała, że ojciec będzie gotowy do drogi około godziny szesnastej. A więc wszystko zgodnie z planem, pomyślał. Wstał z ławki i ruszył dalej korytarzem. Po kilku minutach stanął przed drzwiami oddziału chemioterapii. Gdy nacisnął dzwonek, „znajoma” pielęgniarka, otwarła przed nim po raz trzeci  drzwi, ale tym razem poprowadziła go do sali, w której był ojciec.
   Stefan siedział na łóżku w garniturze, pod którym miał ubraną koszulkę polo. Na nogach miał kapcie a kurtkę i półbuty, trzymał na kolanach.
   Janek podszedł do ojca.
   - Jak się czujesz? - spytał.
   - Lepiej. Musimy jechać - bąknął w odpowiedzi Stefan.
   - Założę ci buty. - klęknął przed ojcem i zaczął wkładać mu półbuty. Ojciec nie pomagał mu, jego nogi były bezwładne.
   - Teraz kurtka.

   Oboje z pielęgniarką postawili go na nogi. Janek ojca przytrzymywał, a pielęgniarce            udało się ubrać go w kurtkę. Wyglądał żałośnie. Ubranie leżało na nim, jakby było nie jego,   a należało do kogoś o wiele większego.
   Janek wziął go pod rękę i pociągnął w stronę drzwi. Jak na szczudłach zrobił parę kroków.
   - W porządku?
   Ojciec skinął głową i z grymasem na twarzy wyszedł z sali.
   Kroczyli korytarzem w kierunku wyjścia z oddziału, a za nimi pielęgniarka. W drzwiach Janek podniósł torbę, leżącą na ziemi. Zarzucił ją sobie na prawe ramie i przytrzymując ojca lewą ręką, skierowali się do windy. W holu ojciec zrobił jeszcze parę kroków i siły go opuściły. Janek musiał postawić torbę na ziemi. Ułożył prawą rękę ojca na swojej szyi, lewą ręką objął go w pasie, ugiął nogi w kolanach, aby nie oderwać go od ziemi i w takiej pozycji zmierzał do wyjścia.
   Stojących przy recepcji kilka osób, odwróciło się w ich stronę i z zainteresowaniem przyglądało się tej dramatycznej scenie.

   Zareagowała tylko recepcjonistka, wychodząc im naprzeciw.
   - Skoczę po wózek. Niech pan na krześle posadzi ojca. To nie potrwa długo.
   Przesunęła torbę po błyszczących kafelkach posadzki w kierunku krzeseł stojących pod ścianą i zniknęła za drzwiami prowadzącymi na oddział gospodarczy. 
   Nie minęło pięć minut, gdy pojawiła się z powrotem, pchając przed sobą wózek inwalidzki, na którym leżała biała kołdra. Pomogła Jankowi posadzić ojca na wózku, po czym starannie okryła jego nogi kołdrą, dokładnie upychając nadmiar materiału za jego plecami.

   - Kołdrę może pan zatrzymać - powiedziała, pokazując nadpalony jej brzeg. - I tak mieliśmy ją wyrzucić.
   Janek skierował się do wyjścia, zarzucając ponownie torbę na ramię. Po paru krokach odwrócił się razem z wózkiem w jej stronę.
   - Jak ojciec wyjdzie z tego, obiecuję, że przyjedzie podziękować pani za wszystko - powiedział do niej.
Uśmiechnęła się i pomachała do Stefana ręką.
   Janek ujął rękę ojca i też pokiwał nią parę razy. Potem odwrócił wózek w stronę wyjścia       i udali się do samochodu.
   Dziękując losowi za to, że samochód stoi tak blisko, a nie na parkingu szpitalnym sto metrów dalej, wraz z portierem, który podbiegł z pomocą, ułożyli ojca na tylnym siedzeniu. Z koca, który woził zawsze ze sobą, zrobił wygodny podgłówek. Okrył dokładnie ojca kołdrą, obstawiając fotele torbą i pakunkami, które powyciągał z bagażnika. Podziękował jeszcze portierowi, gdy ten zadeklarował się odprowadzić wózek, po czym w końcu usiadł za kierownicą.
   - Jest ci wygodnie, tato? - spytał.
   - Tak, jedzmy 
- odparł Stefan, poprawiając się na swym nowym posłaniu. 
   Janek wykręcił dwa razy na wąskiej ulicy i ruszył w drogę do domu. Mijając kwiaciarnię ze złoto czarnym szyldem, odezwał się z wyrzutem.
   - Nie rozumiem, jak takie coś mogło ci zaszkodzić do tego stopnia. Myślałem, że jesteś mądrzejszy.
   Stefan nie odpowiedział. Odprowadzając złoty napis wzrokiem, pomyślał zmęczony, nikt nie zrozumie, dopóki sam tego nie przeżyje i przymknął oczy.

   
                                                                  *     *     *

 


 

 

08 kwietnia 2016

Stanisław Magot

98 - 400 Wieruszów

ul. Warszawska 113

Zapraszamy do serwisu

tel.  48 668 216 761

tel. 48 62 78  41261

stmagot@gmail.com